Co zrobić chłopak i dziewczyna zrobić

Co zrobić, aby chłopak do mnie wrócił? – odpowiada Mgr Adam Kowalewski; Zerwałam z chłopakiem, ale dalej go kocham – odpowiada Mgr Katarzyna Garbacz; Zdradziłam chłopaka. Co zrobić, żeby to naprawić? – odpowiada Mgr Arleta Balcerek; Co zrobić, żeby dziewczyna wróciła? – odpowiada Mgr Magdalena Golicz Wysłany: 2012-03-13, 16:27 Co zrobić, aby dziewczyna zapomniała o chłopaku ? Mam 16 lat i jestem chłopakiem, Zakochałem się w dziewczynie, która mi napisała, że ma nadzieje, że nie myśle, że coś z tego będzie bo jest zakochana w byłym chłopaku i chyba nigdy o nim nie zapomni. Aby zapobiec wzrostowi Możesz przeprowadzić serię działań, które pozwolą ci zrozumieć, dlaczego twój chłopak Cię ignoruje i co powinieneś zrobić, aby go rozwiązać, W poniższych liniach przedstawiamy kilka wskazówek, które należy wykorzystać, gdy twój partner cię ignoruje. 1. Przeanalizuj swoje zachowanie Co zrobić żeby chłopak mi odpisał? 2011-02-19 14:17:47 Co mam zrobić jak nie odpisał na sms'a..? 2012-04-06 17:22:56 Co mam zrobić żeby chłopak odpisał na gg? 2011-03-22 15:28:39 Co zrobić, żeby były chłopak wrócił do mnie? – odpowiada Mgr Kamila Drozd; Co zrobić, żeby dziewczyna wróciła i dała drugą szansę? – odpowiada Mgr Magdalena Golicz; Jak sprawić, by dziewczyna do mnie wróciła? – odpowiada Mgr Joanna Kołodziejczyk; Dziewczyna mnie zostawiła, bo byłem zazdrosny – odpowiada Mgr Kamila Drozd Nie ma na świecie chyba żadnej dziewczyny czy kobiety, która nie chciałaby być w związku z fantastycznym facetem. Jeśli już jakiś ci się podoba, spraw żeby zwrócił na ciebie uwagę! Wyjdź z tłumu! Przestań być anonimowa! Potrzeba ci będzie czasu i cierpliwości, ale dasz radę! Przeczytaj poniższe wskazówki, które pomogą ci dojść do celu! Co zrobić, żeby były chłopak żałował, że mnie zostawił? To pytanie, które niejedna dziewczyna zadaje sobie po rozpadzie swojego związku. Nie ma w tym nic dziwnego ani złego: pragnienie odwrócenia sytuacji i odzyskania władzy nad osobą, z którą się było, jest całkowicie instynktowne, naturalne i uzasadnione . Co zrobić , żeby chłopak zobaczył , że się staram o niego. 2020-08-20 11:11:35 Jest jakiś filtr płciowy do pisania anonimowo gdzieś? 2020-08-19 23:47:57 Więcej bez odpowiedzi Ostatnie pytania i odpowiedzi w Dziewczyna i chłopak. 0 głosów. 1 odpowied ... Zakochałam się w księdzu, co zrobić? odpowiedzia ... Dawniej odpowiedź na pytanie: „Kto powinien zrobić pierwszy krok chłopak czy dziewczyna?” była oczywista. Był to mężczyzna, uznawany za samca alfę, silniejszego, odważniejszego, pewniejszego siebie, który powinien wyjść z inicjatywą, zaopiekować się kobietą, chronić ją i starać się o jej względy.

After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

2020.09.18 20:56 vodfilmy_pl After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

After 2/After We Collided - Gdzie obejrzeć? Oglądaj cały film online! [Lektor PL]

Zobacz After 2 online i poznaj drugi rozdział przygód Tessy i Hardina

Po entuzjastycznym odbiorze pierwszej części filmowej adaptacji bestselleru After, druga część cyklu także trafiła do kin. Co nowego u Tessy i Hardina? Już teraz możesz się dowiedzieć! Zobacz After 2 cały film w domowym zaciszu w polskiej wersji językowej! Już teraz bowiem opcja After 2 lektor pl jest dostępna dla każdego, kto ma możliwość bycia online. Połącz się z internetem ze swojego ulubionego urządzenia i uzyskaj dostęp do drugiej części After!
https://i.redd.it/n1z2r8g98yn51.gif
Oglądaj After 2 online: https://vodfilmy.pl/filmy-online/after-2-2020-online/

https://preview.redd.it/vh1l02h02yn51.jpg?width=1050&format=pjpg&auto=webp&s=538c75cb10123b2ba677955efa60a366e9b48e41
Z czego wynika popularność serii? Wszystko zaczęło się od książki Anny Todd, która zaczęła pisać powieść z gatunku fan fiction zainspirowana zespołem One Direction. Pierwszy tom autorka opublikowała w 2013 roku za pośrednictwem platformy internetowej Wattpad. Książka zdobyłą tak niebywałą popularność, że Todd już rok później podpisała kontrakt filmowy.
Pierwszy film, After, miał premierę w 2019 roku. Główni bohaterowie serii, Tessa i Hardin, kompletnie się od siebie różnią, lecz to nie przeszkadza im uwikłać się w coraz bardziej toksyczną relację. Rozważna dziewczyna i porywczy chłopak to bowiem mieszanka wybuchowa - pełna namiętności, ale także kłótni i tajemnic. Filmowa adaptacja początku serii nie kończy się happy endem, nie dziwi więc fakt, że fani z niecierpliwością oczekiwali kolejnej odsłony przygód swoich ulubionych bohaterów. Na szczęście After 2 lektor online jest już dostępny i możesz obejrzeć go, kiedy tylko zechcesz!

Czy warto obejrzeć After 2, który jest teraz dostępny online?

Młodzieńcza wizja miłości jest zazwyczaj wspaniała, ale szybko rozbija się o rzeczywistość. Podobnie jest w After 2. Zraniona Tessa chce zacząć bowiem nowe życie, by zapomnieć o Hardinie. Życie nie jest jednak tak proste jak może się wydawać...
Druga część After przeszła kilka kosmetycznych zmian, choć na szczęście pokochani przez publiczność główni bohaterowie to wciąż ci sami aktorzy. Zmienił się jednak reżyser, dlatego też łatwo dostrzec pewne różnice w prowadzeniu akcji i postaci. Jaki jest tego efekt? After 2 wciąga jeszcze bardziej niż jedynka! Wróćmy jednak do fabuły. Jako, że miłość niejedno potrafi mieć imię, nikogo nie zdziwił sukces After. Jeśli jednak chcesz zacząć swoją przygodę od dwójki to spokojnie, twórcy zadbali i o taką audiencję. Możesz nie znać lub nie musisz odświeżać sobie pierwszej części, bo scena otwierająca streszcza wszystko, co wydarzyło się w jedynce.
Tak więc, Tessa i Hardin próbują poradzić sobie po burzliwym rozstaniu. Ona rzuca się w wir pracy, on topi smutki w alkoholu. Dziewczyna zaczyna robić karierę, jednak po jednym ze służbowych wyjść dzwoni to swojego byłego chłopaka. Hardin zjawia się w jej hotelowym pokoju, spotyka tam jednak półnagiego Trevora. Jak można się domyślać, wcale nie pomaga to głównym bohaterom w naprawieniu ich relacji... Role pierwszoplanowe w After 2 jak zwykle zagrane są bez zarzutu, na uwagę zasługują jednak także postaci drugoplanowe (choćby wspomniany Trevor). Pokłony należą się również: Candice King oraz Charliemu Weberowi, którzy tchnęli prawdziwą i szczerą energię w Kim i Christiana.
Jaki jest zatem After 2? Trzeba przyznać, że dwójka bardziej ściśle trzyma się książki, więc każdy prawdziwy fan literackiego pierwowzoru After nie będzie zawiedziony. Oglądając After 2 za darmo dostaniesz dużo humoru, interesujące dialogi oraz sporo ciekawych wątków pobocznych, które jeszcze dodatkowo dodają filmowi smaczku.

After 2 wypełnił sale kinowe, jednak ty możesz obejrzeć go za darmo i online

Pierwsze warszawskie pokazy - mimo pandemii - zgromadziły w kinach maksymalne dopuszczalne tłumy. I chociaż sale kinowe były zapełnione tylko w połowie, emocje wśród widzów widać było gołym okiem. Na szczęście ty możesz oszczędzić sobie i wydawania pieniędzy, i wycieczki do kina, oglądając After 2 w wersji online. To spore ułatwienie i jeszcze większa wygoda.
Decydując się skorzystać z opcji After 2 film online musisz pamiętać, że ogranicza cię tylko twój własny czas. Nie musisz nigdzie wychodzić, możesz usiąść wygodnie w fotelu i sprawdzić, czy druga część przygód Tessy i Hardina faktycznie słusznie została nazwana mieszanką 50 twarzy Greya i American Pie.

After 2 to niegrzeczny film nie tylko dla nastoletnich widzów

Filmy pokroju 50 twarzy Greya czy kolejne części American Pie to kino, w którym bardzo dużą rolę odgrywa erotyka i cielesność. Podobnie jest z After 2, który po “przeprowadzce” ze szkoły do “dorosłego” życia może być propozycją nie tylko dla nastolatków.
Dlaczego After 2 jest nazywany miksem tych dwóch serii? Ponieważ w dwójce odrobinę zwariowany humor i sceny łóżkowe są dawkowane widzom mniej więcej w tych samych proporcjach. Co mówi to o samym filmie? Przede wszystkim tyle, że oglądając After 2 wszystko wyważone jest w idealnych dawkach - od dramatu, poprzez namiętność aż do śmiechu. Dzięki temu podczas seansu po prostu nie można się nudzić.
Jeśli więc masz trochę czasu, naprawdę warto rozważyć seans After 2 online! Cały film jest bowiem dostępny dla każdego, kto ma ochotę przeżyć przygodę z Tessą i Hardinem! Nie czekaj ani chwili dłużej, jeśli jeszcze się wahasz! Wystarczy ci bowiem zaledwie kilka kliknięć, by przenieść się z twoimi ulubionymi bohaterami w trudne początki ich dorosłości. A jeśli jeszcze, jak teraz, można zrobić to za darmo, to po co odkładać oglądanie na później!
submitted by vodfilmy_pl to u/vodfilmy_pl [link] [comments]


2020.08.01 12:41 braciakoala Gdzie obejrzeć film After z 2019 roku z polskim lektorem?

Film After jest już dostępny online dla każdego!

Jeśli lubisz oglądać filmy online to zdecydowanie polecamy obejrzenie tej produkcji! Zdaje sobie sprawę, że nie znajduję się w grupie docelowej filmu After 2019 online. Mam wrażenie, że ten film jest kierowany tylko do ściśle określonej grupy nastolatków, którzy nie mają dużych wymagań do filmów. Jeśli ktoś jest fanem książki, na której podstawie został nakręcony film to również może mocno się zawieść. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że książka jest zdecydowanie lepsza od filmu. Sprawa ma się podobnie, jak w przypadku filmu Lśnienie. Książka została obdarta ze zbędnych elementów a na podstawie tego, co zostało, został nakręcony film.
Główną bohaterką w filmie jest Tessa - zakończyła szkołę średnią i wybrała się na uczelnię wyższą. Tak jak w innych filmach dla nastolatków tak i tutaj główna bohaterka jest szarą myszką, która dobrze się uczy i stroni od imprez. Tessa (Josephine Langford) ma młodszego chłopaka, który został w rodzinnej miejscowości. Pierwszego dnia pobytu w nowej szkole okazuje się, że wszyscy są niegrzeczni, bo mają pofarbowane włosy, kolczyki i tatuaże.
Pierwszego dnia bohaterka przyjeżdża do akademika z chłopakiem i mamą. Mama Tessy jest wręcz przerażona tym, że współlokatorki jej córki mają kolczyki, tatuaże i pofarbowane włosy na neonowe kolory. Na domiar złego w pokoju nastolatek unosi się woń marihuany. Po kilku mniej ważnych zdarzeniach koleżanki namawiają Tessę na wzięcie udziału w imprezie. Bohaterka zgadza się i tam poznaje Hardina (Hero Fiennes-Tiffin). Hardin to typowy kozak, bad boy.

Gdzie oglądać film After 2019 online?

Co z takiej relacji szara myszka - bad boy może wyjść? Dokładnie to, czego wszyscy się spodziewają. Ten film to trochę takie Nowe Oblicze Greya dla nastolatek. Fabuła filmu After polega na tym, że przez jakiś czas są razem, robią różne fajne rzeczy by potem się pokłócić i rozstać. Następnie znów są razem i po czasie znów się kłócą. Następnie następuje załamanie i jest mały twist. W pierwszym akcie filmu nastolatkowie grają w słynną grę - prawda czy wyzwanie.
Nie mam tu za dużo do powiedzenia. Przede wszystkim ta gra to trochę taki fabularny wykręt w wielu filmach dla nastolatków. Jeśli coś musi się zdarzyć to dzieje się to podczas tej gry. Co trzeba by było zrobić, żeby taki zainteresował widza i żeby historia była porywająca? Przede wszystkim After film cda musiałby mieć dobrze napisane i mocne charaktery oraz bohaterów z charyzmą - tutaj zdecydowanie tego brakuje.
Główna bohaterka to szara myszka. Dokonuje pewnych wyborów w pierwszych aktach filmu, które przekreślają ją jako protagonistę tego filmu. Poznała Hardina a na noc zaprasza swojego chłopaka. Leżą w pokoju i oglądają głupie filmiki. W pewnym momencie Hardin przesyła jej wiadomość. Tessa ją czyta, wychodzi z pokoju i do niego jedzie. W tym momencie chłopak Tessy zostaje sam w pokoju akademickim.

Jak obejrzeć cały film After?

Przyjechał tutaj specjalnie dla niej, żeby spędzić z nią noc a ona zostawia go samego. Pomijając już nieracjonalne wybory bohaterów, ten film jest po prostu bardzo nudny a jeszcze bardziej przewidywalny. Głupie decyzje bohaterów pojawiały się już wiele razy we wszystkich filmach dla nastolatków. Pewne porównania z serią filmów o Greyu są tutaj bardzo na miejscu. Nie zrozumcie mnie źle. To nie jest najgorszy film na świecie. Dla pewnej, ściśle określonej grupy odbiorców może być naprawdę miłym seansem.
Sam film wywodzi się z fan fiction, czyli opowiadań stworzonych przez fanów, na temat Harry Styles. Tak naprawdę ten film ma tylko to. Jeśli wyobrazicie sobie, że bohater wcielający się w rolę Hardina, to jest Harry Styles i na przykład chciałybyście się spotkać z takim idolem, to możecie wyobrazić sobie jak takie spotkanie mogłoby wyglądać. Hardin to typowy bad boy, trochę niedostępny, ale również romantyczny. Jest bardzo wrażliwy, tylko tego nie pokazuje. To trochę jak ze słynnym porównaniem z filmu Shrek - cebula ma warstwy. Niestety ten film realizuje tylko te założenie. W After 2019 online nie ma żadnej interesującej postaci pobocznej. Bohaterowie drugoplanowi to trochę takie pionki, które mają wykonać jedną konkretną rzecz.

Czy film After jest dostępny na zalukaj?

Podobnie jak w przypadku filmów o Greyu - główna bohaterka to szara myszka, która poznaje kogoś, kto pozwala poszerzyć jej horyzonty, otwiera okno na świat i wiele ciekawych rzecz. Nie brakuje tutaj bardzo irracjonalnych elementów. W pewnym momencie bohaterowie trafiają do pięknego mieszkania, które spada im z nieba. Jak film to wyjaśnia? Koleżanka ojca Hardina ma mieszkanie i wyjechała do Włoch, więc oni mogą tam mieszkać, aby dbać o roślinność.
Tessa jest przedstawiona jako bardzo rozsądna, jak na swój wiek, dziewczyna. Generalnie idzie w stronę tego, aby dobrze się uczyć, zdobyć dobrą pracę itd. Bohaterka mówi też o tym, że poświęci swoje marzenia o pisaniu na rzecz studiowania ekonomii, bo to bardziej się przyda w jej życiu. W międzyczasie to też się rozwiązuje. Ojciec Hardina ma kolegę, który prowadzi wydawnictwo i na pewno ona dostanie tam pracę. Bohaterka jest inaczej budowana w stosunku do tego, jakie podejmuje wybory.

Dlaczego warto obejrzeć ten film?

After lektor pl to zlepek teledyskowych scen. Wydaje mi się, że ciężko to inaczej nazwać. Bohaterowie idą nad jezioro i się kąpią. W mieszkaniu są w wannie i również się kąpią. Jeśli komuś sprawa przyjemność oglądania teledysków, w których główną rolę odgrywają nastolatki i miłość to może być to pewna propozycja dla Was.
Co ciekawe, główną bohaterką jest siostra Hanny Baker z serialu 13 powodów. Uważam, że aktorzy nie są źli w tym, co robią. Niestety nie mają w tym filmie co grać. Główna bohaterka ma potencjał. Może gdyby trafiła na dobry scenariusz i dobrego reżysera to mogłaby naprawdę fajnie zagrać. Niestety w filmie After jest kompletnie beznadziejna.
submitted by braciakoala to u/braciakoala [link] [comments]


2016.11.07 18:42 ben13022 Jak wstąpiłam do ONR [Duży Format]

„Będę czekał na Panią w południe przed wejściem do kawiarni Cafe Misja. Sprawą stolika i rezerwacją zajmę się osobiście” – pisze do mnie w czerwcu Jacek Rajewski z ONR w Poznaniu. Wysłałam wcześniej odpowiedź na ankietę rekrutacyjną: że chcę walczyć o wartości narodowe i katolickie – Bóg, Honor, Ojczyzna, że pradziadek działał w Stronnictwie Narodowym pod przewodnictwem Romana Dmowskiego, że prababcia pochylała się nad żywotami świętych.
Rekrutacja Przed poznańską kawiarnią widzę chłopaka w koszulce, włosy ścięte krótko przy głowie, uśmiecha się do mnie. Przyszedł na spotkanie z książką Jana Mosdorfa, przywódcy ONR w okresie międzywojennym, autora deklaracji ideowej ONR, antysemity.
– Jakie masz plany względem organizacji? – pyta, gdy siadamy przy stoliku.
– Pisałam w ankiecie – chciałabym uczyć młodych ludzi wartości patriotycznych i religijnych – głos mi drży.
– Spokojnie, nie denerwuj się – uśmiecha się.
– Śpieszyłam się, serce mi szybciej bije – biorę głęboki wdech. – Mogę prowadzić wykłady w organizacji, jestem polonistką, w rodzinie mam nauczycieli.
Uśmiecha się, ale nie odpowiada. Nie pyta o moje poglądy, ale – jak mówi – nim zostanę członkiem ONR, muszę przejść roczny staż kandydacki i zdać egzamin z lektur. Mówi o planach ONR w Poznaniu, na przykład o rozdawaniu zupy bezdomnym.
– Znasz kogoś z anarchistów? – pyta.
– Nie.
– Możemy organizować podobne akcje do nich, jak ta z zupą, czy bronić eksmitowanych lokatorów.
Opowiada z podziwem o nacjonaliście rumuńskim Corneliu Zelei Codreanu (antysemita, założyciel Żelaznej Gwardii, partii faszystowskiej. Jego portret zobaczę później w krakowskiej siedzibie ONR), jak edukował chłopów na rumuńskich wsiach. Mam wrażenie, że Rajewski mówi do mnie, jakby monologował.
Ma 24 lata, studiuje bezpieczeństwo narodowe na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu (wcześniej dwa lata historii), pracuje w barze. W ONR działa w sekcji gospodarczej, handluje gazetą wydawaną przez organizację. W liceum był kibicem klubu żużlowego i tam nauczyli go patriotyzmu, np. organizowali akcje upamiętniające „żołnierzy wyklętych”, był z nimi na Marszu Niepodległości.
– Dawno nie rozmawiałem z nikim o ideach, bo z kolegami z ONR obgadujemy tylko bieżącą politykę. Teraz, w wakacje, niewiele się dzieje, ale będzie rocznica poznańskiego Czerwca 1956, odezwę się – mówi.
Dostaję regulamin stażu kandydackiego. Staż trwa rok i kończy się egzaminem z zadanych lektur. Obowiązki: mam bezwzględnie szanować innych działaczy (zwracać się do nich na zebraniach „koleżanko”, „kolego”, chyba że ktoś wyższy rangą zaproponuje przejście na ty; nie przeklinać), witać się: „Czołem (Wielkiej Polsce)”, uznać hierarchię (np. rękę wyciąga najpierw osoba wyżej postawiona i udziela głosu), przychodzić raz w tygodniu na zebrania albo zgłaszać nieobecność, nie rozmawiać z mediami na temat ONR, nie pić alkoholu przed akcjami. Jeśli złamię którąś z zasad, dostanę upomnienie. Mam na pamięć nauczyć się „Modlitwy Narodowych Sił Zbrojnych”:
Panie Boże Wszechmogący,
daj nam siłę i moc wytrwania
w walce o Polskę,
której poświęcamy nasze życie (...)
Jeszcze „Roty” i „Hymnu Młodych”, od których zaczyna się w ONR spotkania:
Złoty słońca blask dokoła,
Orzeł Biały wzlata wzwyż,
Dumne wznieśmy w górę czoła,
patrząc w Polski Znak i Krzyż (...)
Dostaję też listę lektur do egzaminu i strukturę organizacji, ale bez imion i nazwisk kierowników. Są za to sekcje: promocji, naukowo-szkoleniowa, prawna, informatyczna, kresowa i sportowa.
Nie klaszczemy Połowa czerwca. SMS od Rajewskiego: w klasztorze Dominikanów w Poznaniu jest msza święta w intencji ofiar Czerwca ’56 – „zapraszam w imieniu moich przyjaciół z ONR:). Mnie niestety nie będzie ze względu na wizytę na drugiej stronie Poznania w sprawie nowego mieszkania. Moi ludzie będą czekali za Tobą pod kościołem. Chcę, żebyś wspólnie uczestniczyła z nimi w obchodach, co Ty na to?:)”.
Cieszę się, piszę, że wspólnie przeżyjemy rocznicę.
Pod kościołem czekają trzej mężczyźni z ONR Poznań. Są w eleganckich, wyjściowych koszulach. Jest też Kinga, 22-latka, ubrana w czarny kostium, studentka. Dowodzi Mateusz Szymański, dwudziestoparolatek, ogolony na zapałkę, z zieloną opaską z symbolem falangi na ramieniu. Stajemy na dziedzińcu kościoła Dominikanów. Z głośników słychać, jak ksiądz wita prezydenta RP Andrzeja Dudę – klaszczemy. Ksiądz wita ministra finansów z PiS – klaszczemy, ministra kultury – klaszczemy, Lecha Wałęsę – nie klaszczemy, kombatantów – klaszczemy, prezydenta Poznania – nie klaszczemy, marszałka województwa z PO – nie klaszczemy, przewodniczącego rady miasta z PO – nie klaszczemy, przedstawiciela „Solidarności” – klaszczemy.
Po mszy idziemy nieopodal, na plac Mickiewicza, gdzie zaczną się obchody. Maszerujemy z kibicami Lecha, partią Kukiz, „Gazetą Polską” i Młodzieżą Wszechpolską. Ktoś skanduje: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści”. My w ciszy. Palą się race, dym zasłania widok. Stajemy z ludźmi z prawicy przed ustawioną na placu sceną dla polityków. Przemawia Lech Wałęsa. Krzyczymy z tłumem: „TW »Bolek!«”. Obok, za barierkami, ludzie z KOD-u w odpowiedzi skandują: „Lech Wałęsa!”. Idziemy kilka ulic dalej, by złożyć róże pod pomnikiem poległych w powstaniu poznańskim.
– Wiem, że nie chcesz korzystać z Facebooka, jak napisałaś w ankiecie, ale powinnaś założyć jakieś konto, bo na nim omawiamy akcje – radzi mi Mateusz.
Zgadzam się z nim, choć boję się, że mnie zdemaskują, dlatego byłam w ankiecie niechętna Facebookowi. Wracam do domu, zakładam konto, już po chwili Mateusz dodaje mnie do tajnej grupy ONR Poznań. Wkrótce przyłączy do kolejnej, w której są działacze Obozu z całej Polski. Jest ich tam około siedmiuset. Kierownik główny ONR Aleksander Krejckant powie mi później, że w organizacji działa tysiąc osób. Wkrótce, w sierpniu, sekretarz Brygady Wielkopolskiej spyta, czy zajmę się korektą tekstów. Zgodzę się i zostanę dołączona do grupy ONR Wielkopolska, w której jest około 40 osób.
A gugu! Początek lipca. Odbieram telefon od Mateusza Szymańskiego. – Czołem! – mówi. – Jedziemy na grilla nad jezioro, chcesz?
– Czołem! Chętnie.
Przyjeżdżam. Znajduję ich na końcu plaży jeziora Rusałka w Poznaniu. Rozkładamy ręczniki, chłopcy rozbierają się do kąpielówek, ja w stroju. Pływamy, opalamy się. Mateusz czyta coś w telefonie.
– Szukam przepisu na ciastka. Jak przyjdę do domu, to sobie upiekę – mówi.
Obok mnie Ania. Ma 29 lat, włosy farbowane na rudo, dziewczęca uroda i flaga Polski na rękawie bluzy. Wyjmuje z wózka dwuipółmiesięczną córkę. Odsłania pierś, karmi. Podchodzi jej mąż Michał Piernicki, 24 lata, na przedramieniu tatuaż Polski Walczącej, włosy ścięte przy skórze, działacz ONR. – Idź na ławkę – nachyla się do żony i mówi trochę przerażony, ścisza głos. Pokazuje głową na miejsce oddalone o kilkanaście metrów. Żona go ignoruje. Michał czuje, że nic nie wskóra, biegnie grać w piłkę z chłopakami.
Gdy się pakujemy, chłopaki stoją nad wózkiem, Mateusz, kierownik ONR, najbliżej. – A gugugugugu... – śmieje się do dziecka.
Pielgrzymka W połowie lipca ma się odbyć I Piesza Pielgrzymka Narodowców na Jasną Górę. Mówił mi o niej Rajewski podczas rozmowy rekrutacyjnej. Pielgrzymować mają różne środowiska nacjonalistów, np. Młodzież Wszechpolska i ks. Jacek Międlar. Chcę iść, dopytuję. Dzwonię do Mateusza Środy, koordynatora ONR w województwie małopolskim. Zapisuje mnie. Mówi, że pójdzie tylko kilka osób.
17 lipca. Jadę do Krakowa, skąd mamy pójść pieszo do Częstochowy Szlakiem Orlich Gniazd.
Jestem w siedzibie ONR w Krakowie, koło dworca, w budynku na parterze. Na błękitnych ścianach obraz Matki Boskiej Częstochowskiej, Chrystusa Króla i Michała Archanioła. Pod nimi szczerbiec – miecz koronacyjny królów polskich, przedwojenny symbol ruchu narodowego. Dalej portrety Jana Mosdorfa, Romana Dmowskiego, Leona Degrelle’a (członek SS, ulubieniec Hitlera). Jest worek bokserski zawieszony na łańcuchu, dalej kuchnia, łazienka, biblioteczka – kilkadziesiąt lektur religijnych i historycznych. Na ziemi „Dziennik” Anny Frank, żydowskiej dziewczynki, która zginęła w obozie koncentracyjnym.
– Czytałeś to? – pytam Mateusza.
– Nie. Znasz postaci z portretów? Degrelle’owi wymazaliśmy na portrecie znak SS, bo nie lubię szowinistycznego nacjonalizmu.
Mateusz tłumaczy, że trafił do ONR prawie sześć lat temu jako niedojrzały chłopak, który nie wierzył w Boga. Zainteresował się historią, kolega mu pożyczył lektury, zaczął chodzić na msze i uroczystości patriotyczne. Półtora roku temu się nawrócił, choć jego rodzice chodzą do kościoła od święta. Jego ojciec nie akceptuje, że syn jest w ONR, choć Mateusz nie umie sprecyzować poglądów ojca.
W kuchni otwiera szafę. Wyciąga z niej książki wydane przed dziesięcioleciami – życiorys i opis pogrzebu Romana Dmowskiego. Bierze jedną, otwiera na stronie z cytatami w językach obcych.
– Popatrz, nie są przetłumaczone na polski, bo ludzie znali wtedy języki – mówi z podziwem.
Idziemy z pielgrzymką. Ja, Mateusz, Robert, ks. Łukasz Szydłowski z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X (lefebryści, przekonani o kryzysie wewnątrz Kościoła, do którego przyczyniają się m.in. masoni, odrzucają część postanowień Soboru Watykańskiego II) i dziewczyna, też Justyna, wierna Bractwu Piusa X.
Idziemy kilkadziesiąt kilometrów dziennie po łąkach i lasach. Czasem gubimy się i nadrabiamy drogę. Rano msza, trzy razy dziennie różaniec, także po łacinie, Anioł Pański, wykład, np. o historii bractwa, śpiewanie pieśni maryjnych. Samochód z naszymi bagażami prowadzi Mateusz, więc idziemy we trójkę.
W przerwie między modlitwami Robert przekonuje żarliwie: – Mam kolegę geja – mówi. – Ale homoseksualiści nie mogą mieć praw na przykład do małżeństwa, bo będą dawać zły przykład dzieciom.
Księdzu spuchło kolano, bolą go stopy, ma za małe buty. Nocleg w jednej z parafii, proboszcz prowadzi nas do pomieszczenia, które wygląda na dawną kaplicę, i znika w drzwiach. Przygotowujemy kolację. Robert prosi ks. Łukasza o wykład z teologii. Robert mówi mi o Żydach z żarliwością wykładowcy.
– Czuliśmy się wykluczeni jako Polacy, bo Żydzi zajmowali ponad 50 procent miejsc na niektórych kierunkach wyższych uczelni.
Siadamy do stołu.
Dzień przed wejściem na Jasną Górę przychodzimy do parafii św. Józefa Rzemieślnika w Częstochowie. Proboszcz gości nas na plebanii, pokazuje pokoje, zaprasza na kolację. Jesteśmy zdenerwowani, bo biskupi Kościoła katolickiego niechętnie patrzą w Polsce na lefebrystów. W jadalni po jednej stronie stołu siedzą proboszcz, wikary, zakonnica i jacyś pielgrzymi. Po drugiej – ks. Łukasz, Robert, Mateusz, Justyna i ja.
– Z jakiej parafii jest ksiądz? – pyta głośno stary proboszcz naszego ks. Łukasza.
Robert, co powie mi później, myśli wtedy: jedz lepiej szybko, co na stole, bo zaraz nas wyrzucą. Mateusz i Justyna wstrzymują oddech i patrzą z napięciem na naszego księdza. Ks. Łukasz szepcze, że z Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X. Milkną rozmowy. Czekamy. Proboszcz zmienia temat.
Żaden z proboszczów, u których nocowaliśmy w świetlicach, nie pozwolił na odprawienie mszy w kościele ks. Łukaszowi. Jeden przyznał, że bał się biskupa. Rano pijemy wspólnie kawę. Robert prosi Justynę, by powiedziała coś po śląsku. Jest studentką teologii i psychologii. W pierwszej kolejności, jak mówi, jest Ślązaczką, a potem Polką. Przekomarzają się z nią, że Śląsk jest Polski, a ona Polką. Justyna odpowiada gwarą śląską: „Kto ty jesteś, Polak mały”.
Po śniadaniu docieramy na Jasną Górę. Wchodzimy do kościoła, każdy przyklęka.
– Justyna, jak przyklękasz, to na prawe kolano albo na oba. Nie podpieraj się – tłumaczy mi Robert nauczycielskim tonem.
Idziemy do bocznej kaplicy na mszę. Z nami jest jeszcze kilka kobiet i mężczyzn z ONR z innych regionów Polski. Na koniec śpiewamy „Z dawna Polski Tyś Królową”. Wychodzimy z kaplicy, Robert ma łzy w oczach, bo wzruszyła go wspólna msza święta po łacinie. Przez całą pielgrzymkę wieczorami uczyliśmy się na pamięć słów liturgii w tym języku, żeby umieć odpowiedzieć księdzu.
Idziemy na dworzec PKP.
– Martwisz się, że na pielgrzymce szły tylko trzy osoby? – pytam Mateusza, gdy wsiadamy do pociągu. Jedzie do Piotrkowa Trybunalskiego, do domu rodziców.
– Wszystko mi zawsze wychodzi – żali się. Staram się go pocieszyć.
– Czołem i z Panem Bogiem – mówi w drzwiach pociągu, gdy wysiada.
Zakon Dwa tygodnie po pielgrzymce zostaję zaproszona na spotkanie tzw. Zakonu. Kieruje nim niejaki Antoni Myśliński. To pion ONR, który „zgłębia religijność oraz mistycyzm w duchu walki z modernizmem w Kościele, islamizmem i masonami” i zajmuje się „akcjami przeciwko antykatolickim ośrodkom w kraju”.
Wstęp do Zakonu to trzy stopnie. Pokonuję pierwszy: odmawianie różańca, czytanie zadanych książek, udział we mszy w Bractwie Piusa X, który wystarcza, by w ostatnią sobotę sierpnia pojechać na zjazd Zakonu w Warszawie. Znajome twarze: Robert Bąkiewicz, Mateusz, małżeństwo Klaudia i Karol i jeszcze jeden chłopak z ONR, którego nie znam.
Karol ma 27 lat, studiował historię i administrację, jako student pisał do gazetki kibiców Korony Kielce. W Kielcach pracował w dawnym więzieniu UB jako przewodnik. Odmawiamy wspólnie różaniec w kaplicy bractwa, potem słuchamy Antoniego. Stoi przed nami w koszuli, spodniach, chodzi po sali jak nauczyciel. Mówi, że odszedł oficjalnie z ONR, bo wyjeżdża do seminarium Bractwa Piusa X. Jednemu z nas przekaże kierownictwo nad Zakonem. Zawiesza głos. Po chwili dodaje, że „Robertowi, głowie rodziny”. Robert nachyla się do mnie i szepcze: – Będę to musiał jakoś pogodzić z nową funkcją współorganizatora Marszu Niepodległości.
Antoni kontynuuje.
– Przypominam, że jednym z zadań Obozu Narodowo-Radykalnego jest dążenie do tego, aby jak najwięcej rodaków zbawiło swoje dusze. Musicie szerzyć różaniec w waszych rodzinach, wśród koleżanek i kolegów z ONR i ludzi spoza organizacji. Możecie też zająć się akcjami w terenie. Na przykład rozpylić śmierdzącą substancję na koncercie Behemotha.
– Szukaliśmy już takiej w internecie – przerywa Klaudia.
– Moglibyśmy zrobić to kolejno w kilku miastach – mówi ktoś z sali.
– Ale jeśli zrobimy to raz, to na kolejnych koncertach nas złapią – dodaje ktoś.
Antoni, który za chwilę zostanie księdzem, doradza: – Lekarzowi, który wykonuje aborcje i zabija dzieci, można porysować samochód i zostawić list. Napisać, że jeśli się nie nawróci, czeka go kara piekła. Można dodać, że jeżeli nie przestanie zabijać dzieci, znowu porysujecie – mówi poważnym tonem. – Oczywiście nie podpisujcie się pod tym jako ONR.
– Trzeba tak to zrobić, żeby się nie dać złapać – dodaje Robert z uśmiechem.
– Dbajcie o naszą organizację, będę się za nią modlił w seminarium – kończy Antoni.
Nocuję w domu Roberta. Parterówka, wokół zieleń i drewniany stół z ławkami. Wstaję o świcie, bo jedziemy autokarem na pogrzeb „żołnierzy wyklętych” do Gdańska. Żona Roberta siedzi na dworze, przysiadam się. Trzynastoletnia córka ubrała się w sukienkę do kostek i siada obok nas. Robert, który kręci się po podwórzu, patrzy na córkę i mówi stanowczo:
– Przebieraj się, jedziesz na pogrzeb.
Córka patrzy z wyrzutem, ale bez słowa wychodzi. Wraca w jasnej spódniczce. Nie zdąży przejść progu w drzwiach, gdy Robert podnosi głos:
– Bo nie pojedziesz, ubieraj się na czarno, narzuć coś na ramiona.
Dziewczyna wychodzi. Robert załamuje ręce, że to taki wiek, że dziewczyna chce się podobać chłopakom. Żona potwierdza skinieniem i wychodzi pomóc córce, która ubiera się na czarno. Żona podaje Robertowi kanapki i termos.
Gdańsk. Stoimy na placu przed kościołem, idziemy z flagami ONR przed główne wejście do bazyliki. Robert rzuca komendę: – W dwuszeregu zbiórka!
I tak stoimy całą mszę. Na podniesienie Najświętszego Sakramentu klękamy na gołej ziemi z flagami w rękach. Robert wychodzi przed szereg, widzi, że jeden chłopak stoi.
– A kolega? Na kolana – wydaje ostro polecenie.
Chłopak tłumaczy się, że choruje. Robert nic nie mówi, odchodzi i klęka na oba kolana.
Trzy dni później zostaję dodana do grupy Zakonu na Facebooku. Do połowy października będzie liczyła 23 osoby z ONR.
Poseł PiS i obietnica Początek sierpnia. Jadę z Jackiem, który mnie rekrutował, Mateuszem i Błażejem Madalińskim na obchody rocznicy urodzin Romana Dmowskiego w Chludowie, w Wielkopolsce, gdzie przywódca endecji mieszkał w latach 20. Składamy kwiaty pod jego pomnikiem. Obok jest dom misyjny ojców werbistów, idziemy na mszę, potem poczęstunek. Podchodzi do nas Bartłomiej Wróblewski, poseł Prawa i Sprawiedliwości z Poznania. Na ramionach mamy zielone opaski z falangą.
– Pani jest z ONR? – pyta mnie i wyciąga rękę.
– Tak – odpowiadam. Poseł wita się z chłopakami. Też go nie znali. Poseł mówi, że sfinansuje połowę kosztów za autokar na wyjazd na Marsz Niepodległości 11 listopada dla środowisk patriotycznych z Poznania. Proponuje, żebyśmy pojechali tym autokarem. Chłopcy cieszą się, ale są zdziwieni. Ustalamy, że wrócimy do tematu w październiku.
Nagana: z liścia Dostajemy do przeczytania od kierownika ONR Poznań naganę, którą dostał inny oddział w Polsce po pogrzebie „żołnierzy wyklętych”. Czytam w niej, że niektórzy mieli opaski z falangą założone na gołe ramię, za co następnym razem będzie kara cielesna. Upomnienie podpisane jest pseudonimem i brzmi tak:
„Wiem, że było gorąco, zdaję sobie sprawę, że wielu jechało na ten pogrzeb setki kilometrów, ale za przeproszeniem kurwa krótkie spodenki na pogrzebie?! Skąd Wy się urwaliście? Gdzie byli koordynatorzy? Kto dawał ludziom w krótkich spodenkach flagi do rąk? To jest kurwa festyn, piknik czy poważna organizacja narodowa?! Kogo wy [koordynatorzy] przyjmujecie do tej organizacji? Na każdej manifestacji ONR ludzie trzymający flagi ubierają długie ciemne spodnie. Stoisz z opaską na łapie, nie trzymasz flagi, to w momentach podniosłych, podczas przemówień naszych działaczy czy ludzi ważnych nie trzymasz łap w kiermanie, tylko stoisz z wypiętą klatą i rękami skrzyżowanymi z tyłu! Marzą się Wam mundury, a nie potraficie podstawowych spraw dopilnować. Niech mi świadkami będą wszyscy tu obecni. Od dziś każda osoba, która nie będzie umiała się zachować, zostanie przeze mnie ukarana liściem [uderzenie dłonią w twarz] i pozbawieniem symbolu, którego nie potrafi uszanować. Brygady będą pozbawiane flag, aż nauczycie się podchodzić do sprawy GODNIE”.
Zmiana w strukturze poznańskiej. Mateusz przestaje być kierownikiem, zastępuje go Błażej Madaliński. Ma 25 lat, skończył budownictwo na Politechnice Poznańskiej. Jest redaktorem na portalu internetowym ONR. Dołączył do organizacji rok temu, gdy usłyszał, że do Europy napływają islamiści, chciał przed nimi bronić Polski. Idziemy do siedziby ONR. Nie mamy kluczy, czekamy pod drzwiami i rozmawiamy. Pytam o jednego z członków ONR, który jest skinem.
– Ale u nas w organizacji nie ma miejsca na rasizm – odpowiada. – Kilka dni temu idę wieczorem ulicą w Poznaniu. Widzę, jak na Murzyna idą dresiarze. Jeden go obraża. Pomyślałem, że jeśli go nie zostawią, to go obronię. Nie wiedzą, jakim jest człowiekiem, co zrobił, to czemu go obrażają.
– Też bym tak postąpiła.
– Jeśli chodzi natomiast o wyznawaną wiarę, o islam i judaizm, to fałszywe, szatańskie religie.
– Dlaczego?
– Mahomet był fałszywym prorokiem, a Żydzi nie uznali Chrystusa. Chrześcijaństwo jest jedyną wiarą, przez którą człowiek może być zbawiony i pójść do nieba. Powinniśmy się modlić za Żydów i muzułmanów, żeby się nawrócili.
Poseł PiS i kasa Początek października. Błażej mówi na zebraniu oddziału, że poseł Wróblewski z PiS zaprasza go do biura partii. Idziemy na marsz antyaborcyjny w Poznaniu z organizacjami pro-life. Po marszu pytam Błażeja, po co poseł PiS go zaprosił.
– Pytał, czy poprzemy ich kandydata na prezydenta Poznania w kolejnych wyborach – mówi.
– I co mu odpowiedziałeś? – pytam zaciekawiona.
– Uciekłem od jednoznacznej odpowiedzi posłowi, bo to partia bezideowa i kłamliwa, a patriotyzm to ich sposób na zbicie kapitału politycznego.
– A co z tymi autokarami na Marsz Niepodległości?
– Jeśli uda nam się zapełnić cały autokar, to zapłacimy 30 zł za przejazd w dwie strony od osoby. Mam na to pieniądze od posła. 1500 zł.
– Podpisaliście jakąś umowę?
– Nie.
– Wyjął pieniądze ot tak z portfela i ci dał? – dopytuję.
– To nie jego zarobione pieniądze, tylko partii, więc nie miał z tym problemu. Kilka dni po naszym spotkaniu dał te 1500 zł gotówką Bartkowi [członek ONR w Poznaniu, działa w sekcji naukowo-szkoleniowej]. Nam głupio nie skorzystać, a on nic nie traci jako polityk. Z początku zaproponował, że dofinansowanie przekaże Bogdanowi Freytagowi [szef związku Wierni Polsce z Poznania, organizacji nacjonalistycznej]. Odpowiedziałem, że to ja chcę organizować wyjazd. Myślę, że poseł nas testuje, czy zachowamy się uczciwie i czy nie zabierzemy tej kasy, by zorganizować autokar po normalnej cenie. Poszedłem też do posła, bo w ONR od czasu rocznicy w Białymstoku nic się nie dzieje prócz dyskusji w internecie. Nikt nie ruszył się sprzed komputera, by przyjść na marsz zboczeńców. Góra ignoruje moje pomysły. Tylko jednostki mają ideały w ONR i chcą coś robić.
Poseł Wróblewski, gdy go spytam później o pieniądze dla ONR, powie mi, że trzeba wspierać postawy patriotyczne, że pomaga im z własnych środków. – Nie chodzi o budowanie bieżących relacji politycznych, co zresztą ze względu na różnice może być trudne. Ale jesteśmy jednym społeczeństwem i musimy ze sobą rozmawiać.
Spowiedź Idę wieczorem ulicą z ks. Łukaszem Szydłowskim z siedziby warszawskiego oddziału ONR. Gościł na zjeździe Zakonu.
– Chciałabym się wyspowiadać – mówię.
– Teraz?
Przystępuję do spowiedzi w samochodzie księdza. Otwieram modlitewnik Bractwa Piusa X.
– Pobłogosław mnie ojcze, bo zgrzeszyłam... – zaczynam od tych słów. Ksiądz błogosławi. – Zgrzeszyłam myślą, w organizacji nacjonalistycznej, do której należę, ratujemy dusze grzeszników przed piekłem. Odmawiamy za nich różaniec. Planujemy też akcje w terenie wymierzone przeciwko antymoralności chrześcijańskiej. Jeden z kolegów podał przykład, żeby lekarzowi, który zabija dzieci, porysować samochód i zostawić list z ostrzeżeniem. Za wszystkie grzechy szczerze żałuję i postanawiam się poprawić. Proszę o naukę i zbawienną pokutę – mówię.
Zapada cisza. W końcu ksiądz mówi. – To nie jest grzech – poucza. – Jeśli zniszczysz cudzą rzecz, jej właściciel się wystraszy i nie zabija już dziecka, to znaczy, że się nawrócił i dostąpi zbawienia. Lekarz powinien zostać uświadomiony, że czekają go kara i potępienie. Nie można jednak skrzywdzić drugiego człowieka. Jego rzeczy tak, ale nie samego człowieka. Nie jest grzechem też, gdy życzymy grzesznikowi choroby, żeby się dzięki niej nawrócił. Czy takie akcje mają jednak sens? Czy lekarz faktycznie nawróci się ze strachu? Trzeba też przeprowadzić je rozsądnie – poucza ksiądz.
– Czyli jak? – pytam.
– Nie daj się złapać. W wypadku koncertu to nie będzie trudne. W wypadku samochodu unikaj kamer i ubierz się na czarno – mówi.
Udziela rozgrzeszenia.
autorka: Justyna Bryske
źródło: http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,20932332,jak-wstapilam-do-onr.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.10.13 17:17 ben13022 "Ja bym radziła rodzić." Kobiety ze wsi o aborcji i czarnym proteście.

Widzę w telewizji: wszyscy na czarno idą, krzyczą, deszcz leje. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać. Na wsiach nie wszyscy słyszeli o czarnym proteście. Kobiety zapewniają, że żadnej ciąży by nie usunęły. Ale nikomu swojej decyzji nie chcą narzucać. Proszą, by zabieganym kobietom z miasta przekazać wiadomość: zastanówcie się dwa razy, zanim podejmiecie decyzję.
Jak nie dzieci, to co?
Beata ma 28 lat, troje dzieci. Nie pracuje, zajmuje się dziećmi i domem.
Beata: - Mąż wiadomości oglądał. Tak tylko w telewizor spojrzałam, bo wszystko nie poprane, nie pomyte. A tu wszyscy na czarno, idą, krzyczą, deszcz leje, a ludzie zawzięci. "Czy to żałoba jakaś? - pomyślałam. - Aaa, to tylko kobiety". Machnęłam ręką i poszłam zmywać.
W życiu to ja generalnie poszłam za mężem. Wiedział, czego chce. Mówił, że rodziny, dzieci i domu. A ja chciałam dzieci mieć, nawet czworo. I pomyślałam: on pracę ma, na cementowni, przy maszynach. Wiadomo, zarobi. Jego mama blisko, siostra jego tu mieszka. W razie czego pomoc będzie. Potem sobie policzyłam: dom będzie po rodzicach, duży, jest działki kawałek. To się ułoży.
Mnie nie ciągnęło do chłopaków. Ale dzieci zawsze chciałam. Mama opowiadała, że ledwo sama chodziłam, a już wózek z lalką chciałam pchać. Kobietę ciągnie do opieki.
Nigdy nie byłam jakaś taka, no, urodziwa. Ani dobrych ocen nie miałam. Pieniędzy też nie miałam w domu. Nic nie umiałam. Tyle że ugotowałam. Mamie pomogłam. No normalna dziewczyna. Zwykła. Do czego ja bym była potrzebna? Na co komu? Co ja mogłam chcieć? Ojciec się zapił na śmierć. To ja ojca chyba szukałam. Nie dla siebie. Dla swoich dzieci. Chciałam dzieciom dać ojca. Tak dziś to widzę.
Kim ja bym bez tych dzieci była? Nikim. Mnie by nie było. Gdyby nie dzieci, nie miałabym po co żyć.
Nigdy nie pomyślałam o aborcji. Jak te kobiety szły, to ja się zastanawiałam: na co im to życie? Czego one chcą, dorosłe kobiety, jak nie dzieci, to co? Co one w życiu robią? Jak facetowi się odwidzi i do innej pójdzie, to co one zrobią? Same zostaną. To dopiero tragedia. Mnie samej by się tak przykrzyło, że nie chciałabym żyć. Jak czasem sama w domu pobędę, to już mi się płakać chce. Nie wiem czemu. Jak dzieci są, to się nie ma czasu na takie tam.
Gdyby mi ktoś zrobił krzywdę, znaczy zgwałcił, tobym urodziła. Każdego trzeba kochać. Mnie ojciec nie kochał, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek trzeźwy był. Pasem dostałam nie raz. On by pewnie wolał, żeby mnie na świecie nie było. Nieraz krzyczał, że my - ja z bratem - za przeproszeniem, "mamy wypierdalać", bo nikt nas nie chciał. Albo mówił do mnie: "I na co się toto urodziło?". No i ja bym miała być taka?
Ja powiem jak kobieta do kobiety: chłop każdy sobie pójdzie. Tak się wydaje, że oni kochają. Ale oni kochają tylko przed. Jak już dostaną, co chcieli - wie pani, o co mi chodzi - to każdy by poszedł w swoją stronę. Rację mam? A dziecko się nie odwróci od matki. Każdy się odwróci, ale dziecko od matki nigdy.
Gdyby dziecko było chore, urodziłabym. Gdyby miało żyć tylko chwilę, też bym urodziła. Natura sama zrobi swoje. Ale zabijać, bo jest chore? Przecież ciągle lekarze wymyślają nowe leki. I gdyby trzeba było, tobym przy łóżku siedziała. A jakby cierpiało? Miałoby rodzeństwo, które by je kochało. I matkę, która by się go nie wyrzekła. Gdyby miało Downa, to też przecież człowiek. Inny, ale człowiek.
Ja bym urodziła. Ale nikogo innego bym nie zmuszała.
Gdyby było ryzyko, że sama umrę? No to chyba nie zdarza się często? Nie umiem sobie tego wyobrazić.
Magda ma 23 lata i dwoje dzieci. Nie pracuje, czasem dorabia sezonowo, zbierając owoce. Chce iść do pracy, gdy odchowa półtoraroczną Monikę. Paweł, jej mąż, złota rączka, tanio naprawia samochody i skutery.
Magda: - Nie myślałam o dzieciach. Ani o seksie. Ale że mi się chłopak spodobał, to poszłam z nim do łóżka. Chciałam, żeby mu się ze mną podobało. Chciałam mieć chłopaka takiego, co samochodem mnie zawiezie a to na zakupy, a to na dyskotekę, a to na wakacje. Czy ja byłam zakochana, to nie umiem powiedzieć. Co ja w głowie miałam? Nie pamiętam. Ani mi w głowie nauka była, ani nic. Wiadomo, że każda dziewczyna by chciała ślubu, a potem rodzinę założyć. Nie wierzę, że nie. Każda jedna feministka też chce. Tylko może tak wychowana, że się nie przyzna. Może się wstydzi. Może myśli, że lepsza jest.
Jak zaszłam w ciążę i miał urodzić się Kubuś, to miałam 19 lat. Mamie mówiłam, że wcześnie. A ona: "Wcześnie? Ja już w twoim wieku dwójkę miałam". Mówię mamie: "A może by tak zrobić, żeby tego dziecka nie było. Bo chciałam za granicę na stałe jechać do pracy, do Anglii". Jak mnie mama w łeb walnęła ręką, to aż się o ścianę oparłam. "Gdzie będziesz dziecko wozić - zapytała. - Trzeba było nóg nie rozkładać". Aż tak mi powiedziała.
Mnie się chciało latać to tu, to tam, ja chciałam, żeby jeszcze być córunią. U nas się mówi: "ciekać". Tak mi mama mówiła: "Ciekać ci się chce? Ja ci zaraz z głowy wybiję głupoty". Mnie się wydawało, że to taka kara - ta ciąża - za to, że ja niegrzeczna byłam. Nie chciałam pomagać przy świętach ani grobów czyścić. Wszystko mnie nudziło.
Co mnie interesowało? Lubiłam ze zwierzętami być, wszystkie bym głaskała i brała na ręce. Ale ani z tego zawód, ani nic.
Jak już brzuch było trochę widać, to ciotki się zeszły i mówiły, że ja już dziewczynka nie jestem, jak kiecę zadzieram. Patrzyły na mnie już inaczej. Już gotowanie mnie czekało, już sprzątanie, już nie było, że się można powłóczyć. Jak zaszłam w ciążę, to mnie już nikt po głowie nie pogłaskał. Ja już nie byłam mała Madzia. Dopóki Kubusia nie urodziłam, to byłam takie nie wiadomo co. Ani szkoły nie skończyłam, do matury w liceum nie dociągnęłam. Nie miałam planu. Pustka w głowie. Nawet nie pamiętam, kim ja wtedy byłam i o czym myślałam. Paweł, ty pamiętasz, jaka ja wtedy byłam?
Z pokoju słychać męski głos. Paweł: - No jaka? Taka sama. Mówiłaś, że dzieci chcesz.
Magda: - Ja mówiłam, że dzieci chcę?
Paweł: - No a jak?
Magda: - Może tak mówiłam. Jak się Kubuś urodził, to zmądrzałam. Już byle gdzie nie biegłam. Już tak syna pokochałam, że mi nikt nie był potrzebny. Już się nie przejmowałam kłótniami z mamą, już o Pawła taka zazdrosna nie byłam. Zaraz potem drugiego synka pod sercem nosiłam. Ale poroniłam. Nie wiem czemu. Naprawdę nie wiem. Broń Boże nie popalałam. Ani nic. Mama mi powiedziała, że też poroniła jak ja. Może to rodzinne. Bałam się, że już w kolejną ciążę nie zajdę przez to. A chciałam, nie powiem. A potem znowu zaszłam w ciążę. Mnie wtedy znowu nikt nie obchodził, tylko ta córeczka. Bo to cały sens mojego życia. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Niech się ze mnie miastowe śmieją.
Paweł wchodzi do pokoju: - Będą chciały te w mieście dzieci mieć, to się ockną tak późno, że już nie będą mogły. A jak się nie wie, co się chce, bo człowiek młody i głupi, to trzeba zobaczyć, jak inni żyją.
Magda: - Dopóki się dziecka nie urodzi, to samej jest się dzieckiem. Każda jedna, co chce usunąć, to tak jakby chciała jeszcze małą dziewczynką być. A tak się nie da. Więc ja tobym radziła rodzić, bo jak się usunie, to nie wiadomo, czy się będzie potem mogło znowu zajść. No i przede wszystkim: ile tak można ciekać w życiu?
Paweł: - Nie chcesz mieć dzieci? A ty skąd się wzięłaś? Ciebie ktoś urodził przecież, nie? No to na logikę to weź. Tak już jest.
Magda: - Gdyby nie mogło mówić, w łóżku tylko leżało? Może jestem zacofana, ale mnie się w głowie nie mieści zabijać dzieci. Wiadomo, że bałabym się, że my tu rady nie damy, że tyle tysięcy by trzeba wydać, a to na leki, a to na maszyny podtrzymujące życie. Skąd by na to brać? Nie wiem. Jak o tym myślę, to mi przykro, ale mimo wszystko ja usunięcia dziecka bym nie zniosła. Może jestem samolubna, ale nie dałabym rady.
Paweł: - Wszystkie dzieci się kocha. Zarobiłbym, pożyczył, wyjechał za granicę, ale bym nie dał zabić potomka. Nawet Downa.
Magda: - Że w mieście trudniej, w jakiej wynajętej kawalerce, bez rodziny, pieniędzy? Zawsze gdzieś jest jakaś rodzina, zawsze można się przeprowadzić. Po prostu jak masz dziecko, to już nie ma, co ty wolisz. Dzieci są najważniejsze, a nie to, że chce się w mieście mieszkać. Zawsze jakieś wyjście jest.
Czy innym kobietom bym aborcji zakazała? Ja nie jestem taka mądra, żeby komukolwiek czegoś zakazywać.
Terlikowski? Nie znam. Marsz esesmanek? Nie, no to przesada.
Agnieszka ma 21 lat. Mieszka na wsi, u rodziców, w małym pokoiku ze swoim synkiem. Rodzice pomagają. Zajmują się chłopcem, wspierają finansowo.
Agnieszka: - Wszyscy o tym wiedzą, wszyscy plotkują, choć to już cztery lata. Ojcem Michałka jest mój kuzyn. Nie chcę o tym rozmawiać za dużo. Zresztą wystarczy, że wyjedziesz na wieś i powiesz, że u mnie byłaś. Od razu wszystkiego się dowiesz. Michaś ma dziś cztery lata. Nawet się nie interesowałam, czy go usunąć, czy nie. Co on winny?
Wszystko to się stało przez alkohol. Ja byłam młoda i też wstawiona. Byliśmy u nas pod sklepem, a potem na dyskotece. Miałam 17 lat, a kuzyn 28. Ciągnęło nas do siebie. Jeszcze do domu nie wróciłam w nocy, a już wszyscy wiedzieli, co się stało między nami. Nakrzyczeli na Marka, że to gwałt. Ja tego tak nie nazywam, bo może i młoda byłam, ale on mi się podobał. Nie wiem już sama, co jest prawdą, a co nie. Najgorsze, że kuzyn wyjechał za pracą i nas zostawił. To było większe zło niż ta ciąża. Ani się do nas nie odzywa, ani nie przysyła pieniędzy. Jego rodzina Michasia nie uznała. Nawet na niego nie patrzą, jak się mijamy na ulicy.
Kuzyn chciał, żebym usunęła, powiedział, że zabierze mnie do miasta i zapłaci za zabieg. Bo to przypadek, pijany był i żałuje. A ja jeszcze myślałam, że będziemy razem. Aż tu nagle sama zostałam z dzieckiem.
Mieszkam z mamą i z tatą. Dzięki nim skończyłam szkołę, zdałam maturę, a teraz pracuję w sklepie. Ale wtedy nie było człowieka, który by mi nie mówił, żebym usunęła. Był moment, kiedy codziennie namawiali mnie mama, tata i siostra. Ale ja wiedziałam, że to by było złe. Wierzyłam w Boga i nie chciałam mieć grzechu. Pomyślałam, że Bóg mi pomoże. Że na pewno jest jakiś większy sens niż tylko to, co sami widzimy. I nigdy nie żałowałam.
Ale jak dziecko miałoby umrzeć po porodzie, to sama nie wiem, jaką decyzję bym podjęła. Gdyby ciąża zagrażała mojemu życiu, może zdecydowałabym się na aborcję. Ale nie wiem, kto powinien o tym wszystkim decydować. Nie jestem pewna, czy kobieta sama podejmie odpowiednią decyzję.
Dobrze, że aborcję trudno zrobić, że schodzą się komisje, że jest czas, żeby się zastanowić. Bo jakby można zrobić tak od ręki, to w emocjach każdy by poszedł usunąć od razu. Kiedy ma się problem, każdy od razu chciałby ten problem usunąć. Myślę, że nawet kobiety zgwałcone, porzucone, młode powinny urodzić. Nie dlatego, że ja im życzę źle, ale właśnie dlatego, że życzę dobrze. Jeśli urodzisz dziecko, nawet w trudnych okolicznościach, i wytrwasz ten najgorszy moment, potem będziesz szczęśliwsza. A jak usuniesz, może na chwilę będziesz szczęśliwa, ale potem będziesz nieszczęśliwa do końca życia. Każdy coś myśli i każdy coś czuje. Ale z czasem człowiek czuje inaczej i co innego myśli.
Kasia i Darek, rodzice trzyletniej Elizy, mieszkają w podsandomierskiej wsi. Ale spotykamy się w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie przyjeżdżają co miesiąc na kontrolę. Eliza cierpi na niewydolność nerek spowodowaną wadą wrodzoną układu moczowego. Kasia ma 27 lat, poświęca się całkowicie opiece nad chorą córką.
Kasia: - Eliza zachorowała, kiedy miała dwa lata. Najpierw zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Czy czegoś nie zauważyłam w odpowiednim momencie? Czy to moja wina, że jej układ moczowy nie wykształcił się odpowiednio?
Kiedy dowiedzieliśmy się, że trzeba jechać do Warszawy na badania, zamarłam. Zrezygnowałam z pracy, miałam swój sklep 1001 Drobiazgów. Przejęła go szwagierka z mężem. Inaczej musiałabym zamknąć. A tak oni mogą sobie zarobić i mnie skapnie kilka złotych miesięcznie. Darek jeździ w Sandomierzu jako kierowca w dużym sklepie z hydrauliką i budowlanką. Dorabia na taksówce wieczorami.
Ja już nie marzę o tym, żeby Lizka była zdrowa, ale żeby jak najdłużej mogła żyć bez dializ.
Jestem przeciwko aborcji, zawsze byłam. To, że Lizka jest chora, nie znaczy, że powinna nie żyć! Ale kiedy na oddziale spotykam mamy, które czekają z dzieckiem na przeszczep, to czasem mówią: "Co to było wszystko warte? Czy nie lepiej, żeby się dziecko w ogóle nie rodziło, niżby miało tak cierpieć?". Nic nie mówię. Ale kiedy patrzę na te dzieci, to żal serce ściska. Chwilami myślę, że tak, może i lepiej, żeby ich nie było. Ale potem tak sobie siedzę w kaplicy i myślę, że nie da się świata oczyścić z cierpienia.
Cieszę się, że nie wiedziałam o chorobie Elizki, kiedy była jeszcze w brzuchu, bo może bym chciała podjąć pochopną decyzję. Może bym chciała usunąć ciążę ze strachu.
Małżeństwo? Z mężem cierpimy razem. Cieszymy się razem. Jesteśmy bliżej niż kiedykolwiek wcześniej.
Darek: - Ja? Nigdy bym nie wymagał od żony, żeby usunęła. Facet nie powinien się wypowiadać na te tematy. Wolałbym, żeby kobiety nie usuwały ciąż. Ale nikogo nie oceniam. Niech każda para robi, co chce. Bo kiedy dziecko jest chore, nie ma słusznego wyjścia. Wszystko jest tylko minimalizowaniem cierpienia dziecka, minimalizowaniem błędnych decyzji.
Kasia: - Mieszkamy na wsi, jeśli Elizka będzie miała dializy, a niestety tak może się stać w niedługim czasie, to nie wiem, jak damy radę. Co, jeśli będzie padał śnieg, zepsuje się samochód? I nie będziemy mogli jej dowieźć na dializy? Aż boję się o tym myśleć. A o takich historiach na oddziale słucham prawie codziennie. Kuleje wsparcie państwa, głównie finansowe. Jakieś śmieszne dodatki, kilkadziesiąt złotych - co to jest? Przydałyby się pieniądze, rehabilitacja, pomoc miejscowych pielęgniarek. Kiedy człowiek zostaje sam z chorym dzieckiem, myśli o najgorszym. Kiedy codziennie budzisz się z lękiem, czy z twoim dzieckiem nie jest gorzej, to obecność pielęgniarki środowiskowej czy lekarza, choćby miejscowego lekarza domowego, byłaby dla nas wielkim wsparciem. Człowiek czuje ulgę, gdy ktokolwiek chce na dziecko spojrzeć, sprawdzić, czy nic groźnego się nie dzieje.
Czy innym kobietom kazałabym rodzić chore dzieci? Po tym, co tu widzę, nie śmiem nic mówić. Wierzę matkom chorych dzieci. Ufam im. Czasem się śmiejemy z dziewczynami na oddziale, że my powinnyśmy zostać prezydentami czy jakimiś innymi przywódcami, tak wszystko o życiu wiemy.
Patrycja ma 29 lat i pięcioro dzieci. Mieszka w starym domu, który wynajmuje dla niej gmina. We wsi ludzie mówią, że dzieci chodzą głodne, brudne, z niezmienionymi pieluchami. A nawet, że dzieci powinni jej zabrać, a ją wysterylizować. Patrycja nie wpuszcza mnie do domu, rozmawiamy w progu.
Patrycja: - Chcą mi je zabrać. Myślisz, że ja nie wiem, że na mnie donoszą do opieki społecznej? Ja nie piję. Leki biorę na padaczkę.
Żaden chłop nie chciał zostać ze mną i z dziećmi. Takie są chłopy. Moją mamę ojciec też zostawił, nie dała rady i zabrali mnie i siostry do domu dziecka. Ja sobie obiecałam, że choćby nie wiem co, to moich nie zabiorą. Choćbym się tu miała z nimi spalić!
Nie mam, jak pracować - bo kto się dziećmi zajmie? Ja nikogo nie mam. Żadnej rodziny. Wszyscy tu o mnie gadają, ale inni mają kogoś do pomocy przy dzieciach, mamę, teściową, koleżanki, sąsiadki. A ja jestem sama. Ale moje dzieci chodzą czyste. Zdrowe.
Prawie przy każdym dziecku mi aborcję proponowali. Sami lekarze mi mówili, że da się to załatwić. Panie w opiece i nawet jakiejś obce kobiety, które znam tylko z widzenia, a nawet wierzące takie babki, co w kościele w pierwszych ławkach siedzą, na "dzień dobry" mówiły mi, żebym usunęła. Że mi będzie łatwiej. Bo takie jak ja to mają usuwać, a bogate mają rodzić. Tacy ci katolicy są wszyscy do Pana Boga, dopóki biedna kobieta nie ma pięciorga dzieci. Wtedy toby sami wyskrobali.
Ale ja wtedy od razu w płacz: jak to dzieci zabijać? To ich wina, że ojcowie poszli w pizdu? Ja nikogo nie mam, tyle tylko co te dzieci. Nawet matka, jak wyszłyśmy z domu dziecka, to nas widzieć nie chciała. "Życie zmarnowane przez was" - mówiła. Sebastianek! Chodź, się pani pokaż.
W drzwiach stoi umorusany kilkuletni chłopiec z plastikowym pociągiem w ręce. Za nim po starej wygiętej podłodze raczkuje uśmiechnięta Olga. Dwoje dzieci jest w przedszkolu, najstarszy chłopiec w szkole.
Patrycja: - Mamy takiego grzyba na ścianie, że nie chcę nikomu pokazywać. Nie wiem, co z nim zrobić. Nie wpuszczam, bo boję się, że za chwilę przyjdą i zabiorą dzieci. A ten grzyb był, jak już tu przyszłam. Skromnie u nas. Tak teraz ludzie myślą, że musisz mieć pieniądze na dziecko. A jak nie masz, to co, usunąć? Mnie się to nie mieści w głowie. Czy ja jestem jakaś gorsza, bo nie stać mnie na nowe zabawki? Czy ja jestem gorsza matka? Czasem do mnie nawet ktoś powie w sklepie, że takie jak ja to powinno się podwiązać, bo robią dzieci jak pcheł. Ile razy ja z płaczem wychodzę z tego sklepu.
Czarny protest? Nie słyszałam. Żeby nie było całkowitego zakazu aborcji? Ja bym nie usunęła. Ale niech każdy robi, co mu się podoba. Chociaż może gdyby nie można byłoby robić aborcji, to ja bym nie słyszała, że jestem kurwa. Tylko bym była wtedy normalna matka. Bo mówią, że ja nieodpowiedzialna jestem. Nawet w opiece tak gadają, że nieodpowiedzialna matka, jak tak jedno za drugim rodzi. No a taka, co zachodzi i usuwa, to jest odpowiedzialna?
Gdyby okazało się, że dziecko będzie chore, a ja nie będę mogła mu pomóc? To chyba jedyna sytuacja, że pomyślałabym o aborcji. Żeby nie cierpiało, wolałabym. Ja ledwo szczepienia znoszę, jak moje dziecko płacze, nie mogę tego wytrzymać. A co dopiero, gdyby było chore.
Dlatego te kobiety wyszły na ulicę? Żeby chore dzieci nie musiały się rodzić i cierpieć? To miały rację. Niech one tu do nas, na Podlasie, przyjadą porządki robić w głowach.
Ela, 65 lat, ma córkę, syna i dwoje wnuków. Ani syn, ani córka nigdy nie rozmawiali z nią o aborcji.
Ela: - Pamiętam czasy, kiedy aborcja była legalna. I z pewnością nadużywana. Moje koleżanki robiły, nikt o tym specjalnie nie dyskutował. A ginekolog mi opowiadał, że kobiety traktowały ją jak późną antykoncepcję. Takie z głębokich wsi, nieświadome, robiły te aborcje bez zastanowienia. Nie chciałabym, żeby te czasy wróciły. Tak jak jest teraz, jest dobrze. A każdy, jeśli już koniecznie chce, znajdzie sposób na usunięcie ciąży.
Nie powinno być kar za zrobienie aborcji. Ci, co chcą absolutnego zakazu, poszaleli. Ale ci, co chcą, żeby można było jak kiedyś dziecko usunąć jak migdałki, też nie mają racji. Ja nikomu nie zabraniam, nikogo nie oceniam. Sama nie urodziłabym chorego dziecka. Nie zdecydowałabym się na poród, gdyby zagrażał mojemu życiu albo zdrowiu. Nie kazałabym nikomu rodzić na siłę i spuszczę zasłonę milczenia, kiedy ktoś chce ciążę usunąć, bo po prostu nie chce mieć dzieci. Widziałam w życiu dzieci zaniedbane, bo pracowałam wiele lat w opiece społecznej. Patrząc na nasze klientki, co ledwo miały na bilet, a przychodziły z gromadką dzieci, oceniałam je ostro. Myślałam: kolejne nieszczęścia chodzą po świecie, w nędzy mieszkają, lepiej, żeby cię matka nie urodziła. Ale dziś wiem, że nie mnie oceniać ludzi, nie mnie mierzyć macierzyństwo innych kobiet.
A państwo niech łapy trzyma gdzie indziej, niech da lepiej pieniądze na pomoc. Niech przymyka oko na czarny rynek aborcyjny. Niech każdy robi, co chce, i rozstrzyga we własnym sumieniu.
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.06.08 09:05 ben13022 Wywiad z Pawłem Reszke, laureatem Nagrody im. Kapuścińskiego

Paweł Krysiak: Jaką Polskę widzisz, gdy wychodzisz z lubelskiej redakcji "Wyborczej", znajdującej się na popularnym deptaku, i jedziesz w teren?
Paweł P. Reszka: Na pewno nie taką, jaką nasza władza chciałaby się chwalić, nie popularną i nie uwielbianą. Zupełnie nie mam poczucia, że jest "european". To Polska, która się wstydzi. Zresztą nawet nie trzeba wyjeżdżać z Lublina, by zobaczyć tę Polskę, której raczej nie pokazują w telewizjach śniadaniowych. Pół godziny spacerem od centrum są domy, w których nie ma łazienek. To mieszkania komunalne. Bohaterka jednego z moich reportaży Alicja, licealistka, nigdy nie zaprosiła do siebie nikogo z klasy, bo jeszcze chciałby umyć ręce i wtedy wydałoby się, że dziewczyna i jej rodzina kąpią się w misce. Oni i tak są w lepszej sytuacji niż ich sąsiedzi, bo mają przynajmniej toaletę. Urządzili ją w pokoju sąsiada. Kiedy umarł, po prostu przebili się przez ścianę i zajęli na dziko jego lokal. Są tacy, którzy nie mają toalet, więc załatwiają się w ciemnej norze na podwórku. W podłodze jest dziura, trzeba przyjąć pozycję "na narciarza". Emeryt, któremu z powodu cukrzycy ucięli nogę, tam i tak nie dojdzie. Żona usunęła siedzisko z krzesła, podstawia tam pudełko, i tak sobie radzą.
*Reporterzy lubią sytuacje skrajne, szukają sprzeczności. *
*Często piszesz o ludziach, którzy mają poczucie przegranej. *
*Złe państwo, pokrzywdzony biedny człowiek, reporter interweniuje i naprawia świat. *
*Recenzując rok temu twoją książkę "Diabeł i tabliczka czekolady", napisałem, że Reszka pokazuje nam wstydliwą część Polski. A może z twojej perspektywy reportera wiadomo, dlaczego wygrał PiS? *
*Nikt nie chce czuć się odrzucony. Ludzie potrzebują dobrego słowa, akceptacji, chcą poczuć się godnie. *
*Tej Polski, o której piszesz, nie ma w ogólnopolskich mediach. Nie widzą jej mieszkańcy stolicy? *
*To jednak jakiś koszmar, że tak dużo ludzi ciągle czuje się odrzuconych, wypchniętych. I jeszcze mają poczucie, że to ich wina. Jak to wytłumaczyć? *
Co rozświetla mroczny świat Reszki?
Zdarzyło się ostatnio w twojej pracy reporterskiej coś, co wprawiło cię w zakłopotanie, w poczucie, że przestajesz rozumieć, co się wokół ciebie dzieje?
*Co odpowiedziała? *
NAGRODA IM. RYSZARDA KAPUŚCIŃSKIEGO
Mottem tegorocznej edycji było zdanie: "Stoimy w ciemności otoczeni światłem" - cytat z "Podróży z Herodotem". W finale znalazły się także książki nagrodzonej Pulitzerem Jenny Nordberg, ("Chłopczyce z Kabulu", Czarne), Michała Książka, łączącego reporterski zapis z poetyckim spojrzeniem ("Droga 816", Fundacja Sąsiedzi), Karoliny Domagalskiej, autorki cyklu reportaży o in vitro ("Nie przeproszę, że urodziłam", Czarne), Michała Potockiego i Zbigniewa Parafianowicza, którzy opisali władzę Janukowycza na Ukrainie ("Wilki żyją poza prawem", Czarne). Jury wybierało spośród 96 zgłoszonych książek (w tym 33 przekładów).
Z laudacji przewodniczącego jury Macieja Zaremby Bielawskiego dla Pawła Piotra Reszki:
W rzeczywistości niosącej nadmiar zdarzeń i słów - nagradzamy autorską powściągliwość, a więc książkę objętościowo skromną. W czasie zdominowanym przez chaos emocji - nagradzamy skupienie. Wobec inwazji agresji - nagradzamy empatię. Przy nadmiarze komentarzy - nagradzamy umiejętność wsłuchiwania się w głosy ludzi.
"Diabeł i tabliczka czekolady" to misterna przeplatanka 15 reportaży publikowanych wcześniej z 12 tekstami nowymi. Te ostatnie mają formę krótkiej wypowiedzi. Nie wiemy, jak powstawały. Wolno podejrzewać, że w ten sam sposób co kolaże Swietłany Aleksijewicz.
Te króciutkie teksty to prawdziwe majstersztyki, na pograniczu poezji. Wzruszające, zagadkowe, straszne. Ale to nadal reportaż czystej wody, wierny swoim bohaterom: oddaje ich język i tok myślenia. Nasuwa się biblijne słowo na ten szczególny rodzaj wycofania: "cichość". "Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". I nie o skromne milczenie tu chodzi, lecz o szacunek dla tajemnicy wolności bliźniego.
Jeśli bohaterowie Reszki czasami budzą śmiech, to dlatego, że nas zaskakują, nie dlatego, że śmieszą. A kiedy budzą współczucie, jest to współczucie zmieszane z podziwem i pokorą. Że człowiek tak doświadczony przez los potrafi znaleźć w sobie tyle siły i nadziei.
Kazanie na Górze, sedno chrześcijaństwa, okazuje się również przepisem na reportaż najwyższego lotu.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,152664,20110219,pawel-p-reszka-polska-ktora-sie-wstydzi.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.05.29 12:51 SoleWanderer Wszyscy jesteśmy z Radomia

Wszyscy jesteśmy z Radomia. Dlaczego drugie pod względem wielkości miasto na Mazowszu stało się stolicą obciachu? Mateusz Witkowski Podziel się 785 Tweetnij
Symbol "cebulactwa" i polskiego zacofania. A przy okazji: ponaddwustutysięczny ośrodek, który ma szansę stać się stolicą województwa. Radom już dawno jest w opinii Polaków drugim Wąchockiem, miastem jak z dowcipu. Czy zasłużenie? Najspokojniejsze lotnisko świata
Zacznijmy od przedmieść, a dokładniej: od znajdującego się na południowy wschód od centrum portu lotniczego. Radom pozazdrościł największym miastom w Polsce i od 2014 roku może się poszczycić własnym lotniskiem. No, może „poszczycić” to nie do końca odpowiednie sformułowanie.
Tutejszy port z miejsca stał się wdzięcznym tematem żartów. No bo jak to brzmi: „Lotnisko w Radomiu”? Kto w ogóle chciałby tam latać? Zresztą fakty nie kłamią. Ów przybytek jest bodaj najbardziej opustoszałym miejscem tego typu w całym kraju. Pomysł zbudowania portu lotniczego w Rzeszowie, owszem, wydawał się kuriozalny. Wystarczy jednak rzucić okiem na statystyki, żeby zorientować się, że władze stolicy Podkarpacia miały rację. Stopniowo zwiększająca się liczba pasażerów oraz miejsc, do których można stamtąd polecieć, mówią same za siebie. Dla porównania: w zeszłym roku w Rzeszowie obsłużono 645 tysięcy podróżnych. W Radomiu: 500.
Wjeżdżamy na parking, po którym z mozołem przemieszcza się elka. To świetne miejsce dla niedoświadczonych kierowców. Ruch samochodowy bowiem niemalże tu nie istnieje. Kilka aut (należących prawdopodobnie do pracowników lotniska) i my. Na horyzoncie świeża trawa i ani pół samolotu. Trzeba mieć spore szczęście, żeby na nie trafić. Lotnisko w najlepszym wypadku obsługuje zaledwie kilka kursów dziennie. Z Radomia można dostać się do Wrocławia, Gdańska, Pragi i Berlina. Bywają dni, w których startuje stąd jeden samolot (w soboty natomiast ruch kompletnie ustaje).
Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Wewnątrz świeżo, higienicznie i rzecz jasna pusto. W hali lotniska znajduje się jeden kiosk i jedna kawiarenka. Obsługa portu wygląda jak wyrwana z zimowego snu. Widok ludzi wyraźnie wprawia ich w skonfundowanie. Mam ochotę podejść i zapytać, czy zawsze jest tu tak spokojnie, ale nie chcę wyjść na złośliwca, który przerywa odpoczynek.
Ruszamy w stronę miasta, przejeżdżając obok „majestatycznych” pastelowych bloków. Mijamy jeszcze samochód należący do ochrony lotniska - prawdopodobnie najmniej zapracowanych ludzi w całym Radomiu. A więc ta beka nie wzięła się znikąd - myślę.
Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Specyficzny stan umysłu
Parkujemy w okolicach rynku. Przynajmniej tak wynika z mapy. Po lewej stronie posępny zakład pogrzebowy Exodus, po prawej natomiast pełniący te same usługi Hades. Mało zachęcające powitanie. Nie ma się jednak co zrażać. W końcu historyczne centra, choćby i nawet wchodziły w skład miast całkowicie paskudnych, niemal zawsze mają w sobie sporo uroku.
Przemykamy obok okupowanego przez lokalsów pubu U Jana i już jesteśmy w rynku. Nie wskazuje na to jednak nic poza tabliczką z nazwą ulicy i Google Maps. To zupełnie zaniedbany plac z rozsypującymi się kamieniczkami, niepamiętającymi już nawet czasów swojej młodości. Choć niemal w całości wyłożony jest kostką brukową, w niektórych miejscach jakby jej zabrakło, przez co rynek straszy wypełnionymi piaskiem szczerbami.
Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) W centralnym punkcie: pomnik Czynu Legionów. Gdzieś w tle dzieciaki grają w tzw. siatkonogę. Nieliczne ławeczki są zajęte przez starsze osoby oraz mocno wprawionych już w rozrywkowy nastrój tutejszych.
Na jednej z pierzei rynku - nijak nieprzystające do całości obrazka Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Na przeciwległej ścianie: neorenesansowy ratusz. Stężenie alkoholu w powietrzu - około 38 procent i na oko ani jednego turysty.
Blisko nas parkuje biały opel astra. Wewnątrz pan w tzw. sportowej odzieży, obok jego oblubienica. Pan odbiera telefon od swojej mordeczki, po czym rusza z piskiem ku sprawom ważniejszym niż niedzielny relaks.
Tu mieści się pub u Jana (fot. Damian Dziura) Tu mieści się pub U Jana (fot. Damian Dziura) Nie wiemy, jakim stanem umysłu jest Radom, jest to jednak stan, ujmijmy to delikatnie, specyficzny.
Nadbałtycki kurort bez morza
Ruszamy dalej, osłupieni marazmem radomskiego rynku. Zresztą nie ma się co czepiać. Jak przystało na miasto będące „stanem umysłu”, kwestia historycznego centrum jest tu nieco bardziej skomplikowana. Owszem, to tu znajdowało się kiedyś tzw. Stare Miasto, centrum zostało jednak przesunięte nieco na wschód. Dlatego też rynek i okolice, pełne mieszkań komunalnych, w których - jak dowiedziałem się od mieszkańców - rezydują w dużej mierze dość krewcy i niebezpieczni obywatele, zostały przez władze kompletnie zaniedbane i straszą przyjezdnych.
Ruszamy w stronę ulicy Żeromskiego, głównego deptaka w mieście, pełniącego funkcję prawdziwego starego centrum. Ulica Rwańska, przez którą przechodzimy, ma w sobie mniej więcej tyle uroku co rynek. O ironio, znajduje się tu jedna z dwóch placówek Centrum Informacji Turystycznej. Przypomina mi się grafika, na którą trafiłem wcześniej na Facebooku. Całkiem słusznie: choć jest niedzielne wczesne popołudnie, punkt jest zamknięty.
(źródło: Memy.pl) (źródło: Memy.pl) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu. Za chwilę sytuacja jednak się odmienia. Przechodzimy obok pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich, którego formy, przez szacunek dla zmarłych, nie będę komentował. Jesteśmy już na Żeromskiego. Akurat trwa Festiwal Sztuki Ulicznej. Bębniarze, tancerze, iluzjoniści, kataryniarz z siedzącą na ramieniu arą.
Atmosfera fiesty i wypoczynku. Dzieciaki wymachują radośnie wypełnionymi helem balonikami z wizerunkiem Minionków, wiruje różowa wata cukrowa, w powietrzu czuć słodki zapach ciasta na gofry. Trudno się przecisnąć, tym bardziej że każdy krok grozi zderzeniem z gokartami, które można wypożyczyć nieopodal.
Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Atmosfera zmienia się diametralnie, jakbyśmy przeszli na Rwańskiej przez drzwi do innego wymiaru. Ulica Żeromskiego przypomina nadbałtycki kurort, wciśnięty pomiędzy szpaler całkiem urodziwych dziewiętnastowiecznych kamieniczek. A więc zależnie od preferencji - pełna błogość lub kompletny koszmar. Niezależnie od osądów: ktoś tutaj mieszka.
Wszystko przez „Chytrą Babę”?
Choć warunki do rozmowy nie są najlepsze (za naszymi plecami koncert daje właśnie grupa bębniarzy), staram się zasięgnąć informacji u mieszkańców. Dyskretnie, z odpowiednią dozą delikatności. W końcu nikt nie lubi pytań w rodzaju: „Ej, czemu z was się tak wszyscy śmieją?”
Zaczynam od dwóch nastolatków, którzy przystanęli tu na chwilę, by obserwować uliczne zamieszanie. Są uprzejmi, choć wyraźnie niezadowoleni. Najwyraźniej przerabiali to już wiele razy. Zaczyna wyższy z nich: - No tak, w kółko coś się o nas mówi. Kiedyś więcej się wspominało o Sosnowcu, Wałbrzychu. Teraz tylko: Radom, Radom, Radom. W sumie to trochę przykre, bo miasto nie jest najgorsze. To ważne: w końcu licealiści prezentują zwykle postawę w rodzaju: „Tylko zrobię maturę i wyjeżdżam z tej dziury”.
Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drugi z nich, wyżelowany chłopak w adidasach, dodaje: - Też nie wiem w sumie, skąd się to wzięło. Miasto jak miasto, nie jest jakieś najmniejsze lub najbrzydsze. Pierwszy doznaje jednak olśnienia: - Boże, wiem, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Chodzi o „Chytrą Babę z Radomia”. Wcześniej właściwie nikt o nas nie wspominał, ale od tego czasu... masakra.
Niezorientowanym w kwestiach internetowych mód i wszelkiej maści memów należy się wyjaśnienie. W 2012 roku w Radomiu zorganizowano miejską wigilię. Uczestnicy mieli do dyspozycji poczęstunek i napoje. Jedna z pań obecnych przy wigilijnym stole poczekała na swoją kolej i zabrała ze sobą aż trzy butelki napoju, prawdopodobnie wbrew oczekiwaniom organizatorów. Zdarzenie Pobierz z Rapideo.pl zarejestrowały kamery. - Słyszałem, że ona to brała dla jakichś krewnych czy coś. W sumie możliwe - stwierdził jeden z chłopaków. Internet, jak to zwykle bywa, okazał się jednak bezlitosny. Zdarzenie zaowocowało serią grafik i przeróbek, a do Radomia, być może już na dobre, przylgnęła etykieta stolicy „cebulactwa”.
Pomnik Sashy Grey
Radom, jako znak tego, co podłe i gorsze, zyskał sobie w internecie sporą popularność. Uwagę przykuwa facebookowy fanpage „Polska Radomiem Europy”. Przed wyjazdem na Mazowsze wysłałem właścicielowi strony prywatną wiadomość. Chciałem dowiedzieć się, co to tak naprawdę znaczy „Radom Europy” i jakie skojarzenia spowodowały, że fanpage ma taką, a nie inną nazwę.
Jak się dowiedziałem: Tego hasła oczywiście nie można traktować do końca poważnie, jednak w świadomości wielu ludzi Radom funkcjonuje jako miasto, w którym żyje duża liczba dresiarzy, kiboli, chuliganów. Sam, będąc tam kilkakrotnie, napotykałem na dość dziwaczne sytuacje z nimi związane. Również moi znajomi pochodzący z Radomia nigdy nie zaprzeczali, że panowie w sportowych ubraniach i białych czapeczkach stanowią znaczący element krajobrazu tego miasta.
Na fanpage'u można znaleźć rozmaite żarty z szeroko pojętej Polski B. Zamieszczone zdjęcia i grafiki nie pochodzą rzecz jasna tylko i wyłącznie z drugiego pod względem wielkości miasta w województwie mazowieckim. - Absurdalne rzeczy dzieją się praktycznie w każdej części naszego kraju, tym samym podważając sens traktowania stereotypów w całkowicie poważny sposób - mówi admin strony. Przeniesienie ciężaru z gruntu lokalnego na ogólnokrajowy zapala pewną lampkę.
Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) O tym jednak później. W międzyczasie przychodzi mi na myśl inicjatywa, o której głośno było kilka lat temu. Mowa o zamiarze wybudowania w Radomiu pomnika Sashy Grey, znanej gwiazdy porno. O absurdalnym pomyśle pisano między innymi w polskiej edycji „Playboya”. Idea znalazła prawie osiemnaście tysięcy zwolenników.
Choć spodziewałem się, że adminem fanpage'a Komitet budowy pomnika Sashy Grey w Radomiu jest osoba, która posłużyła się nazwą miasta dla żartu, okazuje się, że mam do czynienia z rodowitym radomianinem. Gdy pytam o stereotypy związane z jego miejscem pochodzenia, odpowiada: - Każde miasto ma jakąś chytrą babę. Sam Radom natomiast to miejsce jak każde inne. Dodaje jednak, że sporo winy za dość kiepski PR miasta ponoszą sami mieszkańcy: - Gdy radomianie mają gości, to omijają miejsca, które powinni im pokazać, szerokim łukiem. Wiesz gdzie ich zabierają? Na zapiekanki na ulicę Moniuszki, gdzie „sprzedaje” się historie o tym, jakie to klasyczne miejsce z trzydziestoletnią tradycją.
„Jak Warszawa się śmieje, to wszyscy podłapują”
Rezygnujemy jednak z zapiekanek i wybieramy jedną z pobliskich spaghetterii. To, co nam serwują, okazuje się jednak dość fantazyjną interpretacją kuchni włoskiej. Całość nurza się w zawiesistym sosie, w skład którego wchodzi zielony groszek. Na ladzie stoją rzędem słoiczki z podziurawionymi wieczkami. To pojemniki na przyprawy. Najprawdopodobniej miały sprawić, że poczujemy się tu nieco bardziej swojsko. Nic z tego. Opuszczamy lokal z niepokojem w żołądkach.
Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu "Kasia" (fot. Damian Dziura) Choć w okolicy znajduje się kilka godnych uwagi zabytków w rodzaju klasztoru Bernardynów, postanawiamy pozwiedzać miasto trochę na opak. Konsultuję się z pochodzącą stąd znajomą w sprawie miejsc, które niekoniecznie pasują do stereotypu Radomia.
Nie należy do nich na pewno zalew na Borkach, gdzie w sezonie można kontemplować rumiane piwne brzuszki tutejszych mieszkańców. Ani tereny byłej Fabryki Broni „Łucznik”, które - choć stanowią swego rodzaju miasto w mieście - raczej świadczą o tym, że Radom nie radzi sobie ze swoim postindustrialnym statusem (znajdują się tu między innymi dość szemrane kluby taneczne).
W końcu jest! Prawdziwa perełka. Dawny budynek miejskiej elektrowni został przekształcony w siedzibę Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej. To bardzo dobry przykład tego, w jaki sposób rewitalizować pozornie bezużyteczne już budynki (więcej na ten temat pisał w Weekendzie Filip Springer).
Zagaduję pana w średnim wieku, który prowadzi rower wzdłuż ulicy. O co chodzi z tym stereotypem? - A to ta warszawka cała. Śmieją się z nas od zawsze, jak z takich ubogich krewnych - mówi. - A jak Warszawa się śmieje, to wszyscy to podłapują - co zrobić, stolica. SMS do znajomej: Najbardziej warszawskie miejsce w Radomiu? Odpowiedź przychodzi niebawem: Kawiarnia Czytelnia Kawy.
Warchoły i czarne owce
Kawiarnia jest ukryta we wnęce przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Teoretycznie wszystko się zgadza: modny wystrój, masa książek, przemiła obsługa. I ani żywej duszy - oczywiście poza barmanką i kilkorgiem jej znajomych. Gdy podpytuję o popularność lokalu, dowiaduję się, że zostanie on niebawem zamknięty. To i tak cud, że utrzymał się w tym otoczeniu aż siedem lat.
Ulica Rwańska prowadzi do Ulica Rwańska prowadzi do "lepszego" Radomia (fot. Damian Dziura) Jak twierdzi Ziemowit Szczerek, pisarz i dziennikarz, zdobywca Paszportu „Polityki”, który wychował się w mieście numer dwa na Mazowszu: - Gęba Radomia jako kogoś gorszego pochodzi jeszcze z okresu międzywojnia. Wówczas powstała droga, która łączyła miasto ze stolicą. Złota warszawska młodzież mogła testować na trasie swoje nowe maszyny, gdyż była to w tamtym czasie właściwie jedyna w okolicy szosa z prawdziwego zdarzenia. Do Radomia jeździło się więc pobawić.
Damian Maciąg ze stowarzyszenia „Kocham Radom” zwraca uwagę na nieco inne przyczyny. Jego zdaniem dzisiejszy wizerunek Radomia to wynik reakcji władz komunistycznych na wydarzenia Czerwca 1976: - Sam Gierek to zapowiedział: „Powiedz tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w dupie i te wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”. „To musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami”. Odwet władz komunistycznych polegał nie tylko na szeptanej propagandzie, że Radom to warcholstwo i grajdoł, ale też na realnym wstrzymaniu inwestycji.
Nie ulega wątpliwości, że mamy tu również do czynienia z klasyczną animozją „centrum a prowincja”. Mieszkańcy stolicy śmieją się z radomian (zagadnięty przeze mnie znajomy warszawiak odpowiada: No weź posłuchaj, jak niektórzy z nich mówią...), ci natomiast patrzą z zawiścią na wygodnych warszawiaków.
„Łatwo śmiać się z Radomia”
Mieszkańcy Radomia niespecjalnie dbają zresztą o swój wizerunek. Dziewczyna rozdająca ulotki na Żeromskiego mówi mi: - Masa moich znajomych wyprowadziła się do Wawy. Z tego, co widzę, to zamiast w jakiś sposób bronić swojego miasta, dołączają do ogólnej beki, razem z warszawiakami. Odcinają się zupełnie, mówią: „Dobrze, że już nie mieszkam na tym zadupiu”, jakby chcieli się wkupić w czyjeś łaski. Przecież w Warszawie prawie nikt nie jest z Warszawy i gdyby się chciało tropić „słoików”, to byłoby w czym wybierać. Po prostu śmiać się z Radomia jest łatwo, bo wszyscy od razu to rozumieją.
Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Zgadza się z tym admin wspomnianego „Komitetu budowy pomnika Sashy Grey”: - Zauważ, że sami radomianie, zamiast robić wszystko, żeby promować miasto jako fajne miejsce, robią profile z tzw. beką.
Reprodukowanie takiego, a nie innego stereotypu może mieć duży wpływ na odbiór Radomia, nawet w przypadku osób, które mają z miastem sporo wspólnego. - Byłem tam jakieś dwa tygodnie temu, kręciłem się samochodem po mieście i okolicach. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: to naprawdę wygląda tak źle, czy może jestem już uprzedzony? - mówi Ziemowit Szczerek.
Miasto jak każde inne?
Muszę się do czegoś przyznać. Od początku droczę się z Tobą, Drogi Czytelniku. Celowo oglądam otoczenie przez „bekowy” filtr. Wyśmiewane przeze mnie na początku Stare Miasto nie jest przecież Starym Miastem z prawdziwego zdarzenia. Radom może poszczycić się unikatowym układem przestrzennym - wystarczy rzut oka na mapę, aby prześledzić, jak miasto ewoluowało od średniowiecznego grodu do dzisiejszego kształtu.
Mogę rzecz jasna opisać widok wyjeżdżającego z ulicy Wałowej autobusu, który miał otwartą klapę od silnika, podtrzymywaną przy pomocy plastikowej butelki. Pominę wówczas jednak, że po mieście kursują wte i we wte eleganckie Solarisy Urbino.
Mogę też wspomnieć o okalających centrum bloczyskach (o którym z większych miast nie da się powiedzieć tego samego?) i przemilczeć, że sporo tu terenów zielonych, w rodzaju Parku Gołębiów, które pozwoliły nam ukryć się na chwilę przed wiosenno-letnim upałem. Zamiast rozpisywać się nad dziwną odmianą kuchni fusion, jaką napotkaliśmy we wspomnianej spaghetterii, mógłbym napomknąć o licznych kawiarniach i cukierniach znajdujących się w okolicach głównego deptaka.
Dworzec PKS jest, owszem, raczej brudny i obskurny, ale czy ten stan rzeczy można uważać w skali krajowej za ewenement? A może lepiej skupić się na znajdującym się obok gmachu dworca kolejowego z 1885 roku, przebudowanym w międzywojniu na modłę renesansu polskiego, uważanego wówczas za polski styl narodowy?
Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) A skoro w Radomiu nie ma nic do oglądania, jak mówi mi para w średnim wieku, spotkana w okolicach dworca, to dlaczego pracownik Centrum Informacji Turystycznej, z którym rozmawiam telefonicznie po powrocie, wymienia na jednym oddechu atrakcje miasta. Największy zbiór prac Jacka Malczewskiego w Polsce, wspomniane wcześniej Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej, unikatowy skansen w postaci Muzeum Wsi Radomskiej. Do tego funkcjonujący od 40 lat Teatr Powszechny. A więc to chyba nie jest aż taka dziura, jak byśmy tego chcieli?
Bezrobocie i brak tożsamości
Nie popadajmy jednak w skrajności. Radom ma swoje, dość poważne, problemy. Należy do nich choćby wysokie bezrobocie. Wedle danych Mazowieckiego Obserwatorium Rynku Pracy pod koniec marca wynosiło ono w przypadku miasta ok. 15-20 proc. (w powiecie radomskim aż 20-25 proc.). Bliskość Warszawy (blisko godzina jazdy samochodem) sprawia, że coraz trudniej zatrzymać w mieście młodych.
PODPIS (fot. Damian Dziura) Kino "Atlantic" zostało zamknięte dekadę temu (fot. Damian Dziura) Problemem może być również historia miasta. Radom znajduje się w historycznej Małopolsce, dziś należy z kolei do Mazowsza. Bliżej mu natomiast do ziemi sandomierskiej, o czym świadczy swoisty „kult Jana Kochanowskiego”, o którym mówi mi pracownik Centrum Informacji Turystycznej. - Ta mieszanka sprawia, że trudno mówić w wypadku Radomia o wytworzeniu się jakiejś historycznie zakorzenionej, regionalnej tożsamości - twierdzi Szczerek.
Dodajmy do tego kłopotliwe położenie. Na północy stolica, z którą z jasnych przyczyn ciężko się równać i która „zasysa” pieniądze przeznaczone dla całego regionu (ostatnimi czasy znów głośno było o oddzieleniu Warszawy od województwa mazowieckiego - rolę wojewódzkiej siedziby przejąłby właśnie Radom). Na południu, w podobnej odległości, rozwijające się w dość dynamiczny sposób Kielce.
Lektura forów, na których porusza się temat miasta, daje do myślenia. Przyczyną niezadowolenia z miejsca własnego pochodzenia mogą być aspiracje niedopasowane do możliwości. Choć Warszawa pozostaje poza zasięgiem, radomianie, ku własnej frustracji, sięgają po porównania z Wrocławiem czy Krakowem, miastami zdecydowanie większymi, będącymi stolicami własnych regionów. Przeglądając dotyczące Radomia memy i grafiki, natrafiam na zdjęcie ruin znajdujących się w Parku im. Tadeusza Kościuszki. Napis głosi: Radom - jakie miasto, taki zamek. Teraz nie musimy już jeździć do Krakowa. W porządku, Wawel to nie jest. Tylko co z tego?
(źródło: Demotywatory.pl) (źródło: Demotywatory.pl) Z samych siebie się śmiejemy
W tym rzecz. To drugie miasto w województwie nie jest żadnym tam ewenementem. Rynek pracy i przestrzeń miejska cierpią tu na te same bolączki, co inne większe polskie ośrodki. Radom to po prostu skumulowana przeciętność: ani olśniewający, ani odpychający, ani zaniedbany, ani dopracowany w każdym szczególe. Wszechobecna szyldoza, bloki wokół centrum, sporo „dresów”, nieszczególnie gustowne elewacje - czy nie jest to coś, co możemy powiedzieć o dowolnym mieście w kraju?
Ktoś jednak musi pełnić rolę kozła ofiarnego. Patrząc na Radom, patrzymy tak naprawdę na naszą przeciętność, którą chcemy wyprzeć i wyśmiać. Zrzucamy tym samym jarzmo „cebulactwa”, a przynajmniej tak nam się wydaje. W rzeczywistości bowiem chodzi tylko i wyłącznie o kompleksy umoszczone w głowie już na dobre. Śmiejąc się z mazowieckiego miasta, pamiętajmy, że - jak u Gogola - z samych siebie się śmiejemy.
Przykład radomskiej Przykład radomskiej "szyldozy", charakterystycznej niestety dla całego kraju (fot. Damian Dziura) A żeby sięgnąć po nieco nowszą literaturę, przytoczę fragment „Siódemki”, powieści Ziemowita Szczerka, której akcja ma miejsce na trasie numer 7, łączącej Warszawę, Radom, Kielce i Kraków. W pewnym momencie w mieście, będącym bohaterem tego tekstu, dochodzi do bombardowania. Główny bohater słucha medialnych komunikatów: (...) mijałeś fabrykę napojów Zbyszko Trzy Cytryny, salony samochodowe, domy weselne, włączyłeś radio i słuchałeś, jak wszyscy, w Warszawie, w Krakowie, w Gdańsku, deklarują, że cała Polska jest Radomiem. „Kochani - rechotałeś - cała Polska od zawsze jest Radomiem”.
PS „Chytra Baba” wcale nie zabrała z wigilijnego stołu aż trzech butelek napoju tylko dla siebie. Jedną z nich podała przechodzącej obok osobie. Druga natomiast mogła być śmiało przeznaczona dla kogoś bliskiego, kto nie mógł tego dnia pojawić się na wigilii osobiście. Już mniej śmiesznie, prawda?
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na „wysoką” i „niską”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Xięgarni”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”, stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,150913,20133176,wszyscy-jestesmy-z-radomia-dlaczego-drugie-pod-wzgledem-wielkosci.html#TRwknd
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.01.21 13:58 SoleWanderer Dziary narodowe. Polska z tatuaży patriotów - Konrad Oprzędek

Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać.
Daniel masuje się po Polsce, którą ma wytatuowaną na ramieniu. Polska trochę boli, bo dwa dni wcześniej kazał postawić ją w płomieniach i dodać żołnierza Armii Krajowej z karabinem. Za tatuaż zapłacił zasiłkiem dla bezrobotnych.
Chłopak wodzi smętnym wzrokiem za ludźmi, którzy biegają po galerii handlowej. Od kiedy stracił robotę w biurze, przychodzi tu codziennie. W domu ciągle czuje na sobie ojcowskie spojrzenie, które robi z niego nieudacznika i darmozjada, dlatego o dziewiątej wychodzi na miasto. Dwie-trzy godziny meandruje po ulicach Krakowa, a koło południa przysiada w galerii, żeby się ogrzać. Potem wraca do domu i rozsyła CV.
Chłopak przerywa, bo właśnie zauważył piękną brunetkę w tweedowym płaszczu i czarnych spodniach ze skóry.
Daniel od dziecka wiedział, że z ludźmi, którzy mają dość czasu i pieniędzy, by się stroić, lepiej nie krzyżować spojrzeń, bo skończy się to dla niego upokorzeniem. Wychował się w domu szewca i sprzątaczki, którzy powtarzali, że kto przyszedł na świat w dziurawych portkach, w takich umrze. Zmienili zdanie dopiero, gdy zobaczyli, że nawet ludzie skromniej żyjący od nich posyłają dzieci na studia. Nabrali nadziei, że wykształcenie wyrwie Daniela z zaklętego kręgu dziurawych portek, w którym ich rodzina tkwiła od pokoleń. Chłopak został magistrem marketingu. Nie znalazł pracy w zawodzie, więc trafił do biura firmy meblarskiej. Szef dał mu najniższą krajową, ale zapewnił, że lepsze życie zacznie się Danielowi, gdy kryzys minie. Tylko że zamiast tego firma splajtowała, a chłopak wylądował na bezrobociu. Jak wielu jego znajomych z uczelni.
Daniel znów zaczyna masować się po Polsce i wzdycha: - Kiedyś wystarczyło chwycić za karabin, żeby znaleźć się w elicie narodu. Teraz trzeba się w niej urodzić.
Młoda Polska prawicowa
Emigracja do dawnej Polski
Gdy Dominik Rozwał ma gorszy dzień, podwija rękaw bluzy i przygląda się małemu powstańcowi, którego wytatuował na przedramieniu. Dzieciak ma nie więcej niż 13 lat, a już dźwiga karabin. Co takie małolaty miały w głowach - zastanawia się 39-latek - że nie wymiękły podczas powstania warszawskiego.
Tatuaż zrobił sześć lat temu, gdy rzucił robotę w fabryce części samochodowych. Przepracował tam ponad pięć lat - na śmieciówkach. - Do tego szef tak dociskał psychicznie, że zrobił ze mnie kłębek nerwów - wspomina Rozwał. - W nocy nie spałem, miałem stany lękowe i drgawki. Skończyło się na psychotropach.
Dominik nie chciał wyjechać do Anglii, jak zrobiło wielu jego znajomych. Wolał emigrować do dawnej Polski. Na ławce w parku, gdy syn zasnął w wózku, otwierał książkę o drugiej wojnie. Przypominał sobie też o wujku, który walczył u Andersa, i o siostrze babci, która przez całą wojnę ukrywała w komórce młodą Żydówkę.
Teraz Dominik jest kontrolerem produkcji w fabryce hamulców, ma umowę o pracę i co miesiąc dostaje 2700 zł na rękę. Pensje jego i żony wystarczają, żeby utrzymać trzyosobową rodzinę. Tylko że gdy porównuje swoją pracę i tę, którą dawniej wykonywali Polacy, wychodzi mu, że jest na minusie. Bo w Peerelu, zdaniem Rozwała, robota nie zabierała ludziom całego czasu, po fajrancie mogli być mężami, żonami i rodzicami. A Dominik widuje żonę tylko w weekendy i święta. W dni powszednie wychodzi do fabryki, gdy Kasia jeszcze śpi, a wraca, kiedy jej już nie ma. Wieczorem też nie rozmawiają, bo zanim ona przyjdzie z pracy, on zasypia.
Tatuaż na przedramieniu przypomina mu o wielkości, której wokół siebie nie widzi. - Ten powstaniec, choć mały łebek, był wielki, bo pokazał charakter: poszedł na wojnę i narażał siebie dla innych - mówi. - Dzisiaj ciężko być wielkim. Nawet nie wiem, co musiałbym zrobić, żeby takim się poczuć. Mogę tylko harować, żeby opłacić rachunki, ale wtedy jestem szaraczkiem. Już pogodziłem się z tym, że o wielkości muszę zapomnieć. Ale inni nie zapomną. Widzę to po kilku kumplach z tatuażami patriotycznymi i po tysiącach ludzi, którzy co roku 11 listopada maszerują przez Warszawę.
Wyklęci i niesprowokowani. Uliczna lekcja patriotyzmu
Czas patriotów
Wychodzi do drugiego pokoju, żeby się przebrać, a jego żona mnie uspokaja: - Szymon to potulny misio, tylko łatwo się denerwuje.
Potulny misio ma 186 cm wzrostu i 91 kg wagi. Jego ciało jest tak wielkie, że mieści się na nim prawie cała historia męczeństwa narodu polskiego. Na ręce wytatuował sobie napis "1940 Katyń - 2010 Smoleńsk", na plecach - daty powstania listopadowego, styczniowego i warszawskiego, a na piersi - kotwicę Polski Walczącej.
Szymon prowadzi mnie na cmentarz Rakowicki w Krakowie, gdzie w długich rzędach białych grobów leżą legioniści. Często to jedyne miejsce, jakie przychodzi mu do głowy, gdy Paulina każe wziąć dzieciaki na spacer.
Jeśli macie dość nazioli plugawiących swoim hołdem pamięć pomordowanych dzieci z Woli, sybiraków i "leśnych" z AK, zawalczcie o serca i dusze
Szymon zna je od dzieciństwa. Jeszcze zanim usłyszał o nich w szkole, wkuwał je na polecenie ojca. Bo Henryk był synem żołnierza kampanii wrześniowej i nie wyobrażał sobie, że można być Polakiem, nie znając dat zrywów wolnościowych swoich przodków. Dlatego podsuwał Szymonowi czytanki o Traugucie, Chłopickim, Borze-Komorowskim, a potem z nich odpytywał. Karą za nieprawidłowe odpowiedzi był szlaban na grę w piłkę.
Historię męczeństwa Polaków Szymon wytatuował sobie po katastrofie w Smoleńsku. Wierzy w teorię o zamachu. Zaczął zakładać koszulki na ramiączkach, bo polubił sytuacje, gdy na widok jego dziar ludzie w autobusach poważnieją, jakby się go bali. Dzięki temu czuje się silny. Ale tylko na wiosnę i w lecie, bo gdy robi się zimno, musi zakryć tatuaże ubraniami.
Szymon jest dumny, że ma dwoje dzieci, żonę patriotkę i tatuaże. Ale jego zdaniem to za mało, żeby umrzeć jako dumny Polak. Marzy o własnym serwisie samochodowym, wybudowaniu domu i skrzyknięciu znajomych patriotów, którzy spotykaliby się co tydzień i gadali o Polsce. Chce, żeby jego dzieci widziały, jak coś tworzy.
W razie "W" - przeżyję. Preppersi przygotowani na każdą apokalipsę
W kolejkach
Marcin ma astmę, więc co kilka tygodni musi stanąć w kolejce do lekarza. Ale żeby mieć prawo do niej wejść, wcześniej musiał zająć miejsce w innym ogonku - do rejestracji na bezrobociu. Bo pracuje na czarno w sklepie internetowym i nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. Urząd pracy o tym nie wie, dlatego co jakiś czas wzywa Marcina, żeby stawił się w kolejce - po skierowanie na rozmowę kwalifikacyjną do jakiejś firmy. Chłopak bierze świstek i idzie do pracodawcy, gdzie czeka już rządek bezrobotnych - po zaświadczenie o braku kwalifikacji. Gdy Gorączko je dostanie, musi jeszcze wrócić do kolejki w pośredniaku - do gabinetu urzędniczki, która odbierze od niego świstek.
W różnych kolejkach czeka już sześć lat, czyli całą dorosłość. Gdy tak opiera się o ściany gabinetów, urzędów i sekretariatów, myśli o powstańcu, który wykrwawia mu się na plecach.
Ziemowit Szczerek: Lemingi zapewnią światu pokój
Polska zaczęła wkurzać Marcina po katastrofie smoleńskiej. Nie myślał, że to zamach, raczej przesilenie, do którego musiało doprowadzić dziadowskie państwo. Wcześniej słuchał o nim setki razy, gdy media donosiły o firmach, które upadały przez błędy urzędników skarbowych. O świeżo zbudowanych drogach, które kończyły się w szczerym polu. O przedsiębiorstwach, które były prywatyzowane za grosze, bo wszyscy zgodnie twierdzili, że w rękach państwa i tak by splajtowały. Słyszał, ale nie przejmował się dziadowską Polską. Aż do 10 kwietnia 2010 roku. Wtedy odkrył prawicowy internet. Felietony o potrzebie przeorania państwa i zbudowania go na nowo mieszały się tam z esejami o Piłsudskim, powstaniu warszawskim i żołnierzach wyklętych. Utknął w tych tekstach na długie lata i nadrabiał zaległości. Ze szkoły, bo jako uczeń jeszcze nie miał głowy do historii. I z domu: - Mój tata jest hydraulikiem, mama kucharką, a prości ludzie w starszym pokoleniu nic o historii nie wiedzą i nie mogą zaszczepić dzieciom patriotyzmu.
Gdy zrobił tatuaż, miał opory, żeby pójść na basen, ściągnąć koszulkę i pokazać krwawiącego powstańca. Bał się, że ludzie będą patrzeć na niego jak na oszołoma. Teraz już się nie boi. - Bo naród się obudził, patriotów jest coraz więcej - mówi. - Od ostatnich wyborów czuję się w Polsce całkiem nieźle. Nie chcę zapeszać, ale teraz nawet nie wzywają mnie do urzędu pracy, żebym odstał swoje w kolejkach. Może wreszcie Polska zmusi takich szefów jak mój do płacenia pracownikom ubezpieczenia. I pozwoli nam żyć.
Laski chcą dotknąć dziary
Z okna widzi dwóch "zielonych ludzików". Omiatając ulicę spojrzeniem, upewniają się, że jest bezpiecznie. Potem przechodzą pod mur kamienicy spod piątki. Przewieszają kałachy przez ramię, ściągają hełmy i kominiarki, żeby zapalić szlugi. Wojtek szybko wyciąga z szafy pistolet maszynowy Sten, kultową broń powstańców warszawskich, otwiera okno i oddaje do ludzików serię strzałów. Trafia, ale czuje niedosyt. Bierze z kuchni nóż, wybiega na ulicę, żeby poderżnąć trupom gardła.
Ten krwawy sen to ślad, jaki w głowie Wojtka Szlachetki zostawili Rosjanie, zajmując Krym. Pomyślał wtedy, że "zielone ludziki" nie poprzestaną na Ukrainie, pójdą dalej - na Litwę, Łotwę, Estonię, a w końcu dotrą do Polski. Zaczął więc czytać o walkach, które polscy partyzanci toczyli z okupantami. Zapisał się na kurs strzelecki i wytatuował na łydce kotwicę Polski Walczącej.
Już od maleńkości w Polsce przesiąkamy skrajnie nieprawdziwym obrazem wojny - romantycznej, młodzieńczej przygody
Wojtek ma żal do swoich dziadków, bo nie chcieli mu opowiadać o wojnie. Podejrzewa, że zamiast wykorzystać szansę na bohaterstwo, jaką daje okupacja, orali pole, karmili kury i doili krowy. Na swoje podobieństwo ulepili jego rodziców, którzy zamiast sprzeciwiać się komunie, pokornie podbijali kartę - ojciec w stolarni, a matka w zakładzie fryzjerskim. Dla Wojtka umieranie za ojczyznę jest ważniejsze niż życie. Twierdzi, że gdyby dostał szansę na przelewanie krwi za Polskę, umiałby ją wykorzystać. Ani chwili nie wahałby się z rzuceniem posady agenta nieruchomości.
Pensja starcza mu na wynajem kawalerki w Krakowie, koszule z modnych sieciówek, steki z najlepszej wołowiny, wakacje w Hiszpanii i balowanie w weekendy na mieście. Uważa, że żyje w dostatku, ale nie czuje, że coś od niego w świecie zależy ani że coś po nim zostanie. Gdy się zastanawia, jak naznaczyć sobą świat, do głowy przychodzi mu scena ze snu, w którym patroszy "zielone ludziki".
Od kiedy Wojtek jest prawdziwym mężczyzną, o wiele rzadziej ściele łóżko.
1600 brutto i potęga PiS-owskiej propagandy
Tam, gdzie każdy Polak się zaczyna
Orzełka Eweliny nikt z obcych nie zobaczy, bo schowała go pod majtkami. - Miałam wątpliwości, czy jeśli wytatuuję go koło pachwiny, nie sprofanuję godła Polski, ale potem pomyślałam, że to miejsce u kobiety jest jakoś święte, bo każdy Polak tam się zaczyna - uśmiecha się 21-letnia studentka. - Chciałam, żeby orzełek był tylko dla oczu mojego chłopaka. Maciek poczuł się tym wyróżniony, ale i tak później odszedł do innej.
Orzeł pod majtkami dumnie zadziera główkę, co symbolizuje niezłomność Polaków. Ewelina opowiada o nim tylko koleżankom, bo faceci mogliby się podniecać. Twierdzi, że dzisiaj mężczyznom wzrasta poziom testosteronu, dlatego trudno jej znaleźć chłopaka, który już na pierwszej randce nie proponowałby "wjazdu na chatę". A najbardziej niecierpliwi są faceci z tatuażami patriotycznymi.
Ewelina wyciąga z szafki zdjęcie, na którym dziadek Jan wtula się w babcię Jadwigę. Już wtedy cierpiał na demencję. Zapominał, jak to było, gdy walczył w AK i gdy siedział u komunistów w więzieniu. Pewnie zdrowo dostał w skórę, domyśla się Ewelina, widział krwawe sceny, ale na starość prawie o wszystkim zapominał. Została mu tylko miłość.
Ewelina szuka stowarzyszenia, do którego mogłaby się zapisać i działać na rzecz zniesienia umów śmieciowych. Wyobraża to sobie tak: ktoś stworzy projekt ustawy, inny skonsultuje z ekspertami, ona i jej podobni będą zbierać podpisy na ulicach i w internecie, a potem wyślą to politykom.
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


Co zrobić, kiedy zerwie z Tobą dziewczyna? Co zrobić, gdy podoba mi się chłopak koleżanki? Dziewczyna postanowiła zrobić wszystko, żeby jej chłopak ... Co zrobić, gdy Twój partner traci zainteresowanie? - YouTube Jak zrobić ładną maviestars na początku? CHŁOPAK I DZIEWCZYNA! CO ROBI DZIEWCZYNA KIEDY PODOBA JEJ SIE CHŁOPAK? │Ivamoche Co zrobić jak podoba ci się dziewczyna?

Co zrobić, żeby były chłopak żałował, że mnie zostawił: 5 ...

  1. Co zrobić, kiedy zerwie z Tobą dziewczyna?
  2. Co zrobić, gdy podoba mi się chłopak koleżanki?
  3. Dziewczyna postanowiła zrobić wszystko, żeby jej chłopak ...
  4. Co zrobić, gdy Twój partner traci zainteresowanie? - YouTube
  5. Jak zrobić ładną maviestars na początku? CHŁOPAK I DZIEWCZYNA!
  6. CO ROBI DZIEWCZYNA KIEDY PODOBA JEJ SIE CHŁOPAK? │Ivamoche
  7. Co zrobić jak podoba ci się dziewczyna?

Nagranie z Pytania na Śniadanie, gdzie miałam zaszczyt usiąść na jednej kanapie z profesorem Zbigniewem Lwem-Starowiczem. Podoba mi się chłopak koleżanki. Cz... :) Twój partner poświęca Ci zdecydowanie mniej czasu? Czujesz, że już nie jest do Ciebie pozytywnie nastawiony? A może często się kłócicie i nie potraficie się ... Zapraszam na grupę na Facebooku - Ivamoche Team :D rozwiń JEŚLI FILMIK CI SIĘ SPODOBAŁ - DAJ ŁAPKĘ W GÓRĘ! JEŚLI CZEKASZ NA WIĘCEJ - ZASUBSKRYBUJ! Facebook - https://www.facebook.com ... Dzisiaj zapytałem się studentów co chłopak może zrobić jak podoba mu się jakaś dziewczyna. 👉Obserwuj na Insta: https://www.instagram.com/MaciekIgnaczak ... Co zrobić jeśli zostawiła Cię dziewczyna ? Co robić jeśli ciągle nie wychodzi Ci z kobietami? - Duration: 9:25. UwodzeniewdzienTV 47,527 views. 9:25 Oglądaj od poniedziałku do piątku o 15:30 w TVN oraz w player.pl: https://player.pl/seriale-online/szkola-odcinki,2395/odcinek-467,S00E467,83406.html Subskry...